Zostały dwa dni, w sobotę wyjazd. Ludzie coraz częściej mi mówią „jedź już”, bo ze stresu jestem okropna dla świata. Poniżej wpis, który pozwoli mi pokazać sobie samej, że przecież tyle zrobiłam, jestem super przygotowana. Nie wiem czemu od razu nasuwa mi się, że na pewno zapomniałam o milionie najważniejszych rzeczy.

Samochód

Chyba wymagał najwięcej, na pewno jeśli chodzi o koszty. Jakie to by było łatwe dorwać tanie bilety i polecieć samolotem. A jeszcze taniej stopem. Z psem jednak mniej stresującą (dla niej) i podobną cenowo opcją jest samochód. Ponoć są ludzie, którzy jeżdżą stopem z psem, ale jak już mam ten samochód, to go wykorzystam, zawsze łatwiej. Co trzeba było ogarnąć:

  • przegląd – akurat kończył się w marcu. A wcześniej mechanik i wszelkie niezbędne poprawki, by niebieska strzała przeszła przegląd i jeszcze w dodatku dowiozła mnie do Hiszpanii.
  • ubezpieczenie OC – tak jak pisałam kilka postów wcześniej, miliony monet.
  • wymiana opon z zimowych na letnie (polecam serwis oponeo.pl, bezproblemowe zamówienie opon z darmowym transportem do wybranego warsztatu lub domu). Ponoć zimowe w Hiszpanii pękają po dwóch miesiącach.
  • sprawdzenie, co w innych krajach jest wymagane jako wyposażenie samochodu. I tu mi pomogła strona camprest.com, skąd sobie wydrukowałam też dozwolone prędkości na określonych drogach (bo mandaty za granicą są często droższe niż u nas. Często bardzo droższe). I tak zakupiłam na allegro kamizelki odblaskowe dla siebie i dziewczyn, komplet żarówek i bezpieczników (z którymi nie mam pojęcia co miałabym zrobić) i apteczkę. Miałam już wcześniej trójkąt ostrzegawczy, jakiś czas temu kupiłam też nową gaśnicę, bo poprzednia pamiętała jak po drogach chodziły dinozaury.
  • ubezpieczenie assistance – mój dotychczasowy plan był taki, że jak coś się stanie z samochodem, to wysiądę z niego i zacznę płakać, wtedy na pewno ktoś mi pomoże. Ale z drugiej strony, roczne ubezpieczenie assistance nie jest takie drogie. Zapłaciłam 299 zł w generali i ponoć pomogą mi w całej Europie do dwóch razy w ciągu roku. Nie było jednak łatwo znaleźć ubezpieczyciela, ze względu na podeszły wiek niebieskiej strzały – w tym roku 17. urodziny, a assistance jest oferowany najczęściej samochodom do 10 lub 15 roku. Próbowałam jeszcze w pzu, ale nie odezwali się.
  • myjnia – nie wiem czy zdążę się wybrać, byłoby miło, bo wstyd.

Dokumenty

Poza tymi do samochodu, to potrzebowałam też dokumentów dla siebie:

  • prawo jazdy – zrobienie wcześniej badań, wycieczka do mojego rodzinnego miasta, by wyrobić nowe prawko, by finalnie własna matka powiedziała, że wyglądam okropnie na zdjęciu. To samo zdjęcie wykorzystane oczywiście też do wyrobienia paszportu, przecież musi być wszędzie.
  • paszport,
  • karta do bankomatu – obecna kończyła się w sierpniu, ale kto wie, gdzie to ja wtedy będę,
  • ubezpieczenie – wybrałam roczne ubezpieczenie w April, Twoją Kartę Podróże za 249 zł. Zastanawiałam się jeszcze nad Planetą Młodych, ale April przekonał mnie tym, że mają całodobową infolinię, umawiają do lekarza (i ogólnego i specjalisty) i wizyta dzieje się bezgotówkowo. W Planecie Młodych, jak to przy zwykłym ubezpieczeniu, jak coś się stało, to składasz wniosek o odszkodowanie, czekasz miesiąc i je dostajesz lub nie. W praktyce poczytałam jeszcze jak to wygląda na blogu na nowej drodze życia.
  • EKUZ – czyli Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego, która jest poświadczeniem tego, że jesteśmy ubezpieczeni. Różne skrajne głosy o niej słyszałam – jedni mówią, że koniecznie trzeba ją mieć, inni, że nic nie daje. Na pewno nie zaszkodzi, wyrobienie jej zajmuje chwilkę, wydawana jest za darmo i od ręki w oddziale NFZ. Więcej informacji: jak wyrobić kartę EKUZ.

Pies

Fiesta widzi, że się pakujemy, w związku z czym drugą noc śpi tuż obok mnie w łóżku, gardzi swoim posłaniem. Zasadniczo jakiś dużych przygotowań nie było:

  • przegląd 😉 czyli ogólne badanie, analiza krwi – chciałam mieć pewność, że nic jej nie dolega,
  • szczepienie oraz wyrobienie paszportu – od ręki, ale nie we wszystkich przychodniach da się zrobić paszport. Do podróżowania po UE nie trzeba żadnych specjalnych szczepień, jedynie zwyczajowo wścieklizna. Koszt szczepienie + paszport: 130 zł.

Inne

I tutaj cała gama rzeczy wszelakich. Kolejność przypadkowa:

  • dentysta – bo zawsze lepiej w Polsce udać się profilaktycznie niż potem się po hiszpańsku lub włosku dogadywać w tej kwestii…
  • zawieszanie/zakańczanie spraw, takich jak: moja działalność gospodarcza, umowa z vectrą (jeszcze muszę oddać modem. router. albo modem. w zasadzie to nie do końca wiem co)
  • zakupy: karma psa gotowa, soczewki na jakieś pół roku gotowe (noszę miesięczne, których się nie wyjmuje na noc, bardzo wygodne do podróżowania i w ogóle życia), no i kupiłam też nowy telefon. To był najlepszy wybór świata. Xiaomi Redmi 4. Większość osób w ogóle nie wie o czym mówię jak pytają jaki mam telefon, ale ja mam lekkie zaburzenia pod tym względem – sprawdziłam wszystkie parametry i jako niskobudżetowy telefon jest po prostu najlepszy. Robi też tak dobre zdjęcia (na czym mi zależało, bo to mój jedyny aparat), że aż założyłam instagrama. Aczkolwiek instagram jest dziwny, wszyscy robią sobie tam selfie w lustrach, robią milion zdjęć siebie z każdej strony, a jeśli już mają jakieś fajne zdjęcia np. swoich psów, to wypowiadają się za te psy w pierwszej osobie i że niby pies mówi o nich „mama/tata”.
  • od telefonu daleko nie odchodząc – bardzo ważną sprawą są mapy offline, ściągnęłam sobie całą trasę na google maps (bo mój telefon jest taki super, że ma bardzo dużo pamięci, więc się zmieściło).
  • zdjęcia dokumentów (ukończenie studiów, kursu masażu, paszport, dowód), wrzucone na googlowe docsy. Nigdy nie wiadomo kiedy i do czego może się to przydać.
  • no i wreszcie to, czym żyję w tym tygodniu. Jest to strasznie męczące. Rozdysponowanie rzeczy i pakowanie. Moja przyjaciółka użyczyła mi swojej piwnicy (dzięki!!!), w związku z czym nie musiałam wyrzucać wszystkiego. Okazało się, że nie potrafię pozbywać się książek. Choć chcę, by były czytane, to nie chcę ich oddawać na zawsze… Tak samo planszówki. Do piwnicy trafiła jeszcze pościel, ręczniki (choć sporo wyrzuciłam/oddałam), dokumenty, przybory kuchenne, naczynia, kurtki zimowe i parę sukienek, opony zimowe i trzy kołpaki, które nie mam pojęcia po co miałam w bagażniku od czasu kupna samochodu.
    Reszta „dobytku” albo jedzie ze mną, albo wyrzucona, albo rozdana. Okazuje się, że dużo łatwiej jest oddawać ciuchy, jeśli mamy konkretną osobę, której je oddamy. Żadne kontenery pck czy inne mnie tak nie zmotywowały.
    Do tego złota myśl: otaczałam się całą masą rzeczy, z czego większości albo nie używałam, albo nawet nie pamiętałam, że to mam. Wbrew pozorom rozdawanie rzeczy przyniosło mi dużą ulgę. Do życia naprawdę nie potrzeba wiele, a to TYLKO rzeczy, które są kompletnie nieważne. Nigdy nie kolekcjonowałam telewizorów, czy chociażby butów i torebek, więc pewnie łatwiej mi pozbyć się posiadanych przedmiotów.

Nie, nie jestem jeszcze spakowana (to zdanie w odpowiedzi na najczęściej pojawiające się ostatnio pytanie). Jutro ostatnie wino, w piątek pakowanie i pewnie płakanie, a w sobotę z rana… och, nieważne co, niedobrze mi ze stresu jak o tym myślę.