Dziś obudziły mnie przygotowania do kolejnej defilady czy czegoś w tym stylu, nie wiem, spałam i nagle usłyszałam orkiestrę tuż pod moim oknem, a zaraz potem śmiech moich współlokatorek, które wiedziały, że jeszcze śpię. Wyszłam z pokoju orzekając „nienawidzę tego kraju”.

Nie jest to prawdą. Chociaż od paru miesięcy zmagam się z kwestią samochodu i z własną frustracją z tym związaną. Skończył mi się polski przegląd. Jako, że mam polską rejestrację to nie mogę przejść przeglądu tutaj. Do tego byłam u mechanika i okazuje się, że muszę ponaprawiać rzeczy za około 560 euro (mój samochód w momencie kupna kosztował 3800 zł…). Trudno mi w to uwierzyć, bo nie mam z nim żadnych problemów, a jego lśniąca, niebieska karoseria nie pozwala mi myśleć, że pod nią może być coś nie tak. W styczniu pan w ITV, czyli miejscu, w którym się tu przeprowadza przeglądy, powiedział, że najlepiej, żebym poczekała, bo w maju zmienia się prawo i cudzoziemcy będą mogli przystąpić do przeglądu (w sensie ich samochody). Teraz okazuje się, że nikt nic o tym nie wie, a ktoś słyszał, że może to prawo będzie, ale w przyszłym roku. W związku z czym pozostają mi dwie opcje: 1) przerejestrować samochód (i ponaprawiać te wszystkie rzeczy) 2) kupić nowy. Obie opcje kosztują mniej więcej tyle samo, szczególnie, że chcę pozostać wierna staremu Peugeotowi 206, może z mniejszą ilością lat i kilometrów, no i jednak fajnie by było mieć klimatyzację, bardziej ze względu na psa niż na mnie (wierzcie mi, w Polsce w lato można otworzyć okno, tutaj to nic nie daje). Do obu opcji potrzebuję numeru NIE, czyli numeru identyfikacji dla cudzoziemców (coś jak nasz NIP chyba). Na którego wyrobienie czeka się około 4 miesięcy. Jak na razie czekam na możliwość zapisania się na spotkanie w tej sprawie, bo nie ma wolnych dat. Jestem w kropce i oczywiście jeżdżę bez przeglądu. Ponoć kara to „tylko” 200 euro, choć z innych źródeł dowiedziałam się, że mogą zatrzymać samochód.

Taki piękny, taki niebieski. Zdjęcie pokazuje też, że w Hiszpanii nie zawsze jest słońce. Tego dnia padało, wiało, a ja zgubiłam się w górach bez zasięgu i odczułam ogromną ulgę, kiedy zobaczyłam ten widok i cała przemoczona, z równie mokrym psem, mogłam wejść do środka i włączyć ogrzewanie.

Z kolei z rzeczy pozytywnych to uwielbiam organizację, w której odbywam wolontariat. Uwielbiam ludzi, którzy tam pracują, uwielbiam nasze codzienne żarty, klimat, który tam panuje. Choć praca jest ciężka i wymagająca, to gdyby ktoś mi dziś powiedział „hej Monika, zostań z nami, możesz tu pracować”, to bez wahania bym się zgodziła. Mimo że to Murcja, a nie Malaga. Każdego dnia wychodzę stamtąd coraz później, bo tak ciężko mi wracać do domu. Nawet średnio przepadam za weekendami. W weekendy czuję tę presję podróżowania, żeby jednak coś robić i korzystać z czasu wolnego, niekoniecznie oglądając „El Internado” lub umierając na kaca. Wiem, że te umiłowanie do mojej organizacji pewnie by mi minęło za jakieś dwa lata, ale na razie jest jak jest.

Tutaj podlewamy nasze winogrona, które w końcu zasadziliśmy (po wykopaniu miliona dołków)

Wczoraj z bólem serca wzięłam dzień wolny, jednak dla wyjątkowego wydarzenia – śpiewaliśmy z moim chórem (tak, już od pół roku cały czas chodzę na chór) w szpitalu dziecięcym. Cały koncert można zobaczyć tutaj, choć jakość jest fatalna. Jesteśmy na scenie w 48 minucie, 2:07:00 śpiewamy do grających na gitarach dzieci, 2:15:00 jesteśmy znowu na scenie i 2:40:30 raz jeszcze. I potem na końcu (od 2:48:07), w najtrudniejszym momencie, śpiewaliśmy dla dziewczynki, którą przywieziono na łóżku.

Na początku mojego wolontariatu byłam zafascynowana innymi wolontariuszami, do tego stopnia, że nie potrzebowałam poznawać innych ludzi. Teraz już mi minęło, moje weekendowe wypady wolę spędzać sama z Fiestą. Nie wiem czy to dlatego, że w tygodniu mam tak intensywne relacje międzyludzkie i do tego wszystko po hiszpańsku, że potrzebuję pobyć sama, czy po prostu jestem samotnikiem. Na przykład kompletnie nie czaję jak moje współlokatorki mogą tyle gadać. Cały czas. Nie jest też tak, że się zamykam ciągle w pokoju, ale nie mam potrzeby być bezustannie być w kontakcie. Mam też dwie ulubione dziewczyny, z którymi najczęściej imprezuję w weekendy, a z resztą wolontariuszy spędzam czas okazjonalnie. Na przykład z okazji urodzin jednej grałam w piłkę nożną w gumowych kulach, co było mega i polegało głównie na przewracaniu innych i usiłowaniu wstać. Mamy też za sobą karnawał, podczas którego byłam przebrana za Szalonego Kapelusznika z Alicji w Krainie Czarów, a przed sobą wielką imprezę z okazji rozpoczęcia wiosny. No i Wielkanoc. Za każdym razem gdy zbliża się jakieś święto w Murcji (a jest tego naprawdę dużo) to tubylcy mi mówią „o, musisz to zobaczyć, to największa impreza tutaj”. I w zasadzie tak jest, zawsze z otwartymi ustami się wszystkiemu przyglądam – Hiszpanie naprawdę wiedzą jak urządzić fiestę.

Tymczasem drzewa pomarańczowe przestały mieć na sobie owoce, mają kwiaty i pachną niesamowicie. Czas mija i coraz częściej, muszę przyznać, że ze strachem, zastanawiam się co chcę robić dalej. Na pewno nie chcę jeszcze wracać do Polski, chcę cały czas móc rozmawiać po hiszpańsku i cieszyć się tym, że w końcu mogę. I jeszcze w tylu regionach Hiszpanii nie byłam, tyle nie widziałam, nie wspominając już o innych krajach… Nie wiem co będzie w sierpniu.