Życie powoli się toczy. Oślica Menta nadal nie urodziła. Fiesta nadal zalatuje koniem, choć już mniej, pozwalam jej znowu ze mną spać. Dziś malowałyśmy stół. Wino białe smakuje lepiej niż czerwone, a gorgonzola i gnocci są boskie. I świeże pesto. Kompletnie nie miałam czasu pisać, bo oddałam się rutynie wiejskiego życia.

Nasi gospodarze już wrócili, w dodatku oznajmiając nam, że dzień po ich przyjeździe będziemy mieć pierwszych gości w bed&breakfast, parę Niemców. Byłyśmy dość podekscytowane, zastanawiając się, jacy będą. Przygotowałyśmy im pokój, przy okazji ucząc się ścielenia łóżka na „italian style”. Znałam już to z Hiszpanii, ale nadal mnie to dziwi – kołdry nie wkłada się w poszewkę, tylko jest coś w rodzaju prześcieradła, które oddziela człowieka od kołdry. Tym się przykrywa, a kołdra jest na tym.

Niemcy okazali się sympatyczną parą koło 55. Aż do dnia ich wyjazdu nie wiedziałyśmy jak mają na imiona, bo powiedzieli je z tak bardzo niemieckim akcentem, że pozostało to tajemnicą. Nauczona doświadczeniem, wolałam nie dopytywać. A doświadczenie mam takie, że na Camino szedł Niemiec o imieniu Arne. Niby normalnie. Ale jak zapytałam Elisy jak on ma na imię, to odpowiedziała coś w stylu „aaayyyee”. I ile razy pytałam, to odpowiadała tak samo. Dokładnie ten sam problem ze zrozumieniem miał Paul i każdy, kto nie był z Niemiec. Dlatego teraz już nie pytam, trudno.

W związku z przyjazdem gości, Grazia zaczęła gotować, w końcu ściągając to z nas. Moje święta wyglądały pewnie tak jak większości – jadłam (aczkolwiek zupełnie inne jedzenie, nie było u nas nawet jednego jajka czy łyżki majonezu), piłam wino, odpoczywałam i znowu jadłam. W ogóle co do odpoczywania, to Grazia praktykuje codziennie po lunchu siestę, którą z ogromną radością przejęłam. W czasie kiedy w poprzednim życiu miałam w pracy zjazd, zero energii i do niczego się nie nadawałam (okolice godziny 14 – 15), teraz po prostu śpię, budzę się i jestem jak nowa.

W święta byłyśmy w Cinque Terre – pięciu miasteczkach położonych nad morzem, które słyną ze swej malowniczości i tego, że ciężko tam dojechać, dlatego zostawiłyśmy samochód w La Spezii, a stamtąd pojechałyśmy pociągiem. Ponoć najlepiej jest kupić Cinque Terre Card, która upoważnia do nieograniczonej liczby przejazdów pociągiem, wejścia na szlaki trekkingowe pomiędzy miasteczkami, darmowe wi-fi i łazienki. Koszt takiej karty to 16 euro dla osoby dorosłej i… okazało się, że 10 euro za psa! Z racji tego, że pies powyżej 15 kg jest traktowany jak dziecko. Bez sensu. Kazałam się Fieście dobrze bawić, co by nie zmarnowała moich 10 euro.

Do pierwszego z miasteczek jest zaledwie kilka minut pociągiem, przejście wszystkich pięciu to około 10 km. Wszystko pięknie, tylko spotkał nas pierwszy od przyjazdu deszcz. Dwa pierwsze miasteczka spędziłyśmy w ciągłej mżawce, ale potem było już lepiej. Deszcz nie przeszkadzał jednak dzikim tłumom ludzi, którzy dość szybko zaczęli mnie irytować. Najgorzej było przy wchodzeniu i wychodzeniu do pociągu, jak w warszawskim metrze w godzinach szczytu. Potem na szczęście trochę się uluźniło.

Spotkałam się z wieloma pozytywnymi reakcjami na Fiestę. Na przykład usiadłam sobie z psem przy barowym stoliku, kiedy dziewczyny kupowały bilety. Nic nie zamówiłam, spodziewałam się więc, że za chwilę ktoś mi powie, że albo mam zamawiać, albo sobie iść. Po jakimś czasie przyszła kelnerka, a jej reakcja na Fiestę to „bella, mi amore!”. I tak to wyglądało, dużo osób ją głaskało, cmokało na nią. W pewnym momencie jednak szłam w tłumie ludzi za jakąś Japonką/Tajką/Chinką/nie mam pojęcia. Fiesta szła za nią, po chwili była obok. Japonka/Tajka/Chinka/nie mam pojęcia odskoczyła jakby zobaczyła krokodyla, krzyknęła i przerażona przebiegła na drugą stronę drogi. Jej koleżanka parę sekund później zrobiła dokładnie to samo. Wyglądało to tak przedziwnie, że parsknęłyśmy z dziewczynami śmiechem. Nie byłabym sobą, gdybym potem nie wkręciła się w żarty o jedzeniu psów w Azji.

A samo Cinque Terre mimo pogody ładne, każde miasteczko mimo podobieństw, ma swój odrębny charakter. Pewnie w słońcu wygląda lepiej, ale zawsze można wymyślić mnóstwo optymistycznych argumentów, dlaczego dobrze, że padało. Chociażby, że w cieple wszyscy by się spocili i tłum w pociągu by śmierdział.

Dobrze, ja już nie wiem o czym piszę, bo normalnie chodzę tu spać o 22 i wstaję, żeby karmić osły o 8:30. Jutro jedziemy na dwa dni do Florencji i Sieny. Oby Menta w tym czasie nie urodziła.