Nie wiem czy postąpiłam słusznie decydując się zostać w Hornillos aż na trzy miesiące. W moim pierwszym hurra-zapale i poszukiwaniu poczucia bezpieczeństwa, uważałam to za świetny pomysł, ale teraz coraz częściej zastanawiam się czy to nie za długo. Szczególnie, że ludzie będą się zmieniać. Adrian nadal jest w Hornillos, nadal bez pracy i bez większego pomysłu na to, co chce robić. Jednego dnia szuka innych opcji poprzez workaway, kolejnego chce iść do Santiago jako pielgrzym, a jeszcze następnego chce wracać do swojej Galicji. Pomaga nam w albergue, bo nie płaci za zakwaterowania i wyżywienie, tak jak ja. A za 5 dni ma do nas dołączyć 54-letnia Kanadyjka, którą tym razem pewnie ja będę wprowadzać we wszystko. Jest też nowy chłopak w koreańskiej restauracji, Elijah albo jakoś tak, kolega Diego, też Włoch. Z kolei Diego będzie odchodzić z końcem maja. Codziennie coś się tu zmienia.

Tymczasem życie towarzyskie raz mnie pochłania, innym razem zupełnie przeciwnie. Jakiś czas temu mieliśmy w koreańskiej knajpie koncert rock&rollowy, zespół wiekowo zbliżony do Rolling Stones, ale wokalista i gitarzysta w jednym skakał i kładł się na stołach przed jedzącymi ludźmi. Po jakimś czasie wpadli znajomi Agustina, czyli właściciela restauracji, poprzebierani w najróżniejsze stroje – grubego koszykarza, Freddiego Mercurego, sprzątaczki. I to na tym koncercie padły pamiętne słowa od burmistrza Hornillos, chłopaka około 35 lat, który powiedział, że Hitler był Polakiem (komentarz Adriana: „widzisz, nie potrzeba wiele, żeby być tu burmistrzem”).

Innym razem byłam z Adrianem w Burgos, zostaliśmy tam na noc, bo Emma, czyli żona Agustina (która jest z Irlandii, a Agustin stąd), powiedziała, że mają tam apartament, który czasem wykorzystują do airbnb, ale jeśli tylko chcę, to mogę tam spać. Innym razem powiedziała, że jeśli chcę, to mogę pracować w szkole językowej z dzieciakami, bo uważa, że mój angielski jest bardzo dobry. To jest niesamowite, szczególnie, że przez irlandzki akcent rozumiem z 70% tego co mówi, części się domyślam z kontekstu. Problem jest taki, że ja chyba nie do końca się jeszcze widzę w pracy i w zarabianiu, dopiero co z tego zrezygnowałam. Ale wracając do Burgos – jak przystało na Hiszpanię, wyszliśmy w miasto po północy. Przechodziliśmy z jednego baru/clubu do innego, wszystkie obok siebie, wszędzie pełno ludzi. Wróciliśmy jakoś koło 6 rano. Po paru godzinach snu szwendaliśmy się znowu po Burgos, tym razem za dnia, spaliśmy na trawie nad rzeką, jedliśmy jogurty w jogurtowni (nie mam pojęcia jak to nazwać bardziej po polsku). Uwielbiam Burgos. Dodatkowo za to, że jest totalnie płaskie, więc nie mam problemu z jazdą samochodem tutaj. Aczkolwiek migające pomarańczowe światła, oznaczające „możesz jechać, ale uważaj”, są trochę mylące i nigdy nie wiem czy mogę czy nie mogę.

W Burgos też zobaczyłam reklamę „Dirty Dancing” w wersji musicalowej w teatrze. Jakieś dwa dni później, w związku ze zbliżającymi się moimi 30-tymi urodzinami, postanowiłam sobie kupić prezent i dzień przed urodzinami iść do teatru. Nieważne, że po hiszpańsku, Dirty Dancing oglądałam jakieś 20-30 razy, więc raczej ogarnę o co chodzi. Oglądałam zwiastun i hiszpańska wersja Patricka Swayze jest naprawdę…. no ładnie będzie to oglądać, ładnie. Mam bilet w drugim rzędzie.

Ostatnio, również w koreańskiej restauracji, mieliśmy karaoke. Tylko w towarzystwie najbliższych osób. Zrobiłam Emmie darmowy masaż wcześniej, w związku z czym miałam otwarty bar na wino. O ludzie, to był błąd. Standardowo śpiewałam „Knocking on heavens door”, jak na każdym karaoke. Ale wina było zdecydowanie za dużo. Następnego dnia obudziłam się nadal pijana, nie mam pojęcia jak udało mi się sprzątać albergue, a potem rejestrować pielgrzymów. Nie pamiętałam żadnego pielgrzyma, którego wtedy przyjęłam. Najgorzej, że całkowicie bez sensu dałam informację o możliwości masażu, bo absolutnie nie miałam na to ochoty. I miałam chętnego Koreańczyka, z którym rozmowa wyglądała następująco:
– Ile kosztuje masaż?
– Donativo, co oznacza, że możesz zapłacić tyle, ile uważasz.
– Tak. A ile to kosztuje?
I powtórzyło się to parę razy, po czym nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać. Z Koreańczykami jest ciekawa sprawa, bo oni są jakby z trochę innej planety. Co im nie powiesz, to przytakują (oczywiście najpierw pytam, czy mówią po angielsku, na co zawsze ochoczo przytakują). A potem i tak robią co uważają za słuszne. Miałam sytuację z parą z Korei, którzy za Chiny (ha, ha) nie chcieli użyć jednorazowych prześcieradeł, które są obowiązkowe dla każdego. Kompletnie nie rozumieli dlaczego. Po dłuższym wyjaśnianiu, przekonywaniu, musiałam użyć argumentu, że jeśli ich nie użyjecie, to musicie opuścić albergue. Na szczęście znalazła się w pobliżu babka żyjąca na Hawajach, ale urodzona w Korei, więc w dwóch zdaniach im powiedziała, że muszą ich użyć.

Z kolei dzisiaj weszła para Koreńczyków i bez słowa zaczęli czegoś szukać, zaglądając nawet do szafki pod zlewem. Byłam z Inmą, która po chwili osłupienia zapytała czego szukają. Udało nam się skupić ich uwagę, co nie było łatwe, i odpowiedzieli, że wysłali tu plecak (na camino są specjalne firmy, które mogą ci przewieźć plecak jeśli z jakiś powodów nie chcesz lub nie możesz go nieść). Plecak oczywiście był, w korytarzu, wraz z innymi plecakami, dlatego, że zazwyczaj nie chowamy ich do szafki pod ani nad zlewem, do lodówki też nie.

Inna kwestia jest z Francuzami, którzy przeważnie nie mówią po angielsku, ale twardo trzymają się francuskiego, bo to przecież świat powinien mówić po francusku. Adrian miał taką zabawę, że pytał Francuzów po kolei czy mówią po hiszpańsku, angielsku, portugalsku, polsku (to od kiedy zjawiłam się ja), trochę po to bym im pokazać, że nie są tacy super. Ja się tak nie bawię, bo nie znam tylu języków, ale ostatnio z dumą mogę spytać czy mówią po hiszpańsku, bo na poziomie albergue jestem w stanie się trochę dogadać.

A co do masażu jeszcze, to padła na mnie chyba jakaś koreańska klątwa, bo nikt nie jest chętny na masaż. Wydrukowałam ogłoszenia, które zostawiłam też w innych albergue, za które zapłaciłam 20 euro. 20 euro za 10 stron, zalaminowanych. Jakbym wiedziała, że to tyle kosztuje, to bym to kredkami zrobiła. No nic. Polecam się na masaż, musi się zwrócić.