No właśnie. Przeszłam, wróciłam i czuję się beznadziejnie.Niby wszystko powinno być w porządku, ale powrót do rzeczywistości nie jest łatwy. Od zawsze miałam depresję powakacyjną, powyjazdową. Ze względu na specyfikę mojej pracy dwa miesiące wakacji spędzam poza domem. Po tym czasie też zawsze miałam depresję. A teraz pięć tygodni byłam w całkiem innym świecie, z czego 27 dni szłam. Odczułam to po powrocie, kiedy i w nocy i za dnia czasem bolały mnie mięśnie nóg, tak jak bolą przy braku magnezu, ma się potrzebę ich rozciągania czy po prostu ruszania. 8 godzin za biurkiem nie pomaga. Ha, jeszcze pamiętam jak na Camino budziłam się w nocy z bólu nóg – to chore, ale tęsknię nawet za tym bólem. Teraz nogi bolą mnie mniej. Nie wiem czy tak jest, ale czuję się coraz słabsza, może to tylko w mojej głowie, ale czuję jak kondycja odchodzi… A jednocześnie nie mam ochoty nic z tym zrobić, bo jest tu cholernie zimno i moim hobby stało się spanie, w zasadzie mogę nie wychodzić z łóżka. Mimo tego, wczoraj ruszyłam się z domu. Z radością wbiłam się ponownie w caminowe ciuchy, dokładnie te, w jakich zwykłam chodzić. Cudownie jest mieć psa, bo trzeba go wyprowadzać, co jest wbrew pozorom dobre (tak też argumentowałam mojej mamie, jak prosiłam, by zaopiekowała się Fiestą przez 5 tygodni). I choć czasem umieram, jak muszę z nią wyjść, szczególnie na kacu czy w chorobie, to nie wyobrażam sobie nie mieć psa. Tak więc wczoraj pojechałyśmy, całkiem losowo, zaczerpując inspirację z bloga Pies w Warszawie 65 km do Kamieńczyka, leżącego nad dwoma rzekami, Bugiem i Liwcem. Zaparkowałam, wysiadłam z samochodu i pierwsze co zobaczyłam to… znak Camino na drzewie. Oczywiście niemal się poryczałam, niesamowite jest to, jak Camino jest cały czas ze mną. A spacer był super, pies przeszczęśliwy odsypia drugi dzień. I nieważne, że listopad, do wody musiała się władować.

A dziś depresję leczę innymi metodami…