Parę dni temu spotkałam małżeństwo Polaków. Facet mnie zapytał czy jestem tu na wakacjach, więc odpowiedziałam, że nie, że jestem już za stara, żeby mieć wakacje, że już dawno po studiach, że rzuciłam pracę i jestem tu wolontariuszem. Na co on pogardliwie „i robisz tu teraz za darmo?”. Moja odpowiedź, że za zakwaterowanie i wyżywienie raczej go nie przekonała. I wiecie co? Walić to. Tak, skończyłam dwa kierunki studiów, miałam pracę, zarabiałam pieniądze. A teraz każdego dnia czuję się szczęśliwsza pracując rano niczym sprzątaczka, a potem rejestrując pielgrzymów i spędzając z nimi czas.

Powoli czuję się tu coraz lepiej, zaczynam się odnajdywać, wiem co mam robić. Wstaję każdego dnia rano i pędzę do albergue sprzątać. O 12 otwieramy i wolę być tam właśnie wtedy niż o 15, bo więcej się dzieje. O 15 mamy już przeważnie wszystkie łóżka zajęte. Jest łatwo i przyjemnie, włącznie ze sprzątaniem pracuję 4-5 godzin, czasem mniej. Może całość brzmi dość monotonnie, ale każdy dzień jest całkowicie inny, ludzie są codziennie nowi i ciągle coś się dzieje.

O pielgrzymach jeszcze kiedyś napiszę książkę. Są absolutnie przeróżni, od 20-latków (których jest zdecydowanie mniej), aż do 83-letniego Włocha, któremu w ogóle nie przeszkadzało w rozmowie to, że nie rozumiem włoskiego. 83 lata i idzie na camino, nadal nie mogę wyjść z podziwu. Wczoraj z kolei mieliśmy grupkę 30-latków, bardzo międzynarodową, którzy po kolei śpiewali piosenki ze swoich krajów. Weszłam tam nie w porę, bo skończyło się na tym, że podłożyli mi beat i mówiłam po polsku udając, że rapuję.

Poza pielgrzymami spędzam czas głównie z Adrianem. Trzy dni temu zaczął pracę w restauracji i w rezultacie pracuje od 11:30 do około 14, więc jak kończę w albergue to idę do niego, gdzie dostaję darmowe cerveza con limon. Ostatnio odwiedziliśmy też Feliza w jego piwnicy (są tu piwnice, które wyglądają jak domki hobbitów). Feliz poczęstował nas robionym przez siebie winem, potem dołączyło do nas jego trzech około 80-letnich znajomych. Niesamowite było to, że siedzieliśmy w piwnicy, a oni byli ubrani w koszule niczym na niedzielny obiad.

Staram się rozmawiać po hiszpańsku, a przynajmniej staram się coś rozumieć, nie jest łatwo, ale powoli potrafię sklecić zdanie. Każdego dnia dużo więcej rozumiem.

Dwa razy odwiedziłam Burgos, raz z Adrianem tak żeby się poszwendać, a drugi raz z Inmą i Adrianem, żeby załatwić parę rzeczy. Burgos jest oddalone pół godziny samochodem od Hornillos, więc mogę tam jeździć w zasadzie codziennie, w razie gdyby znudziła mi się wieś, na co jak na razie kompletnie się nie zanosi. Powinnam mieć też 2 dni w tygodniu wolne, ale nie potrafię się zdecydować kiedy chcę je mieć, nie do końca też ich potrzebuję – pierwszy raz pracuję 7 dni w tygodniu i nie mam dość. Ale w najbliższym czasie się zdecyduję, bo chcemy pojechać z Adrianem może do Bilbao, może do Santander albo San Sebastian.

Ten sielankowy obraz zaburzało jedno – nie mam się gdzie podziać od czerwca. Napisałam więc do dwóch innych albergue czy nie potrzebują pomocy, odpisali mi z jednego, że mogłabym przyjechać 15 lub 25 maja – pierwsza opcja to dla mnie stanowczo za wcześnie. Mniej więcej w tym samym czasie powiedziałam Inmie, że jestem po kursie masażu i może mogłabym masować pielgrzymów, tylko już za pieniądze. Inma jest jak najbardziej na tak, mogę używać do tego celu pokoju do relaksu w naszym domu. Zamówiłam z pomocą Adriana łóżko do masażu i czekam teraz na dostawę. A dziś Inma powiedziała, że jeśli masaże wypalą, to może chciałabym zostać tu dłużej. AAA! Oczywiście, że bym chciała. 1. czerwca przyjeżdża babka z Kanady, jako kolejny workawayer po mnie, ale Inma powiedziała, że w domu jest wystarczająco miejsca dla nas. Z kolei potem, na dwa tygodnie lipca, przyjeżdża 64-latka ze Stanów, ale Inma uznała, że mogłaby mieć wolny tydzień, a ja bym mogła prowadzić albergue z pomocą tej 64-latki, bo już wiem jak to się robi. I zaproponowała mi jeszcze zostanie tu w lipcu. Ogromnie się cieszę, bo to oznacza, że mam dom na najbliższe miesiące.