Siedzę z laptopem przed domem w Toskanii, piję wino i espresso. Obok mój pies i dziewczyny. Nasi gospodarze wyjechali spotkać się ze znajomymi, z pełnym zaufaniem zostawiając nas same w domu. Czyli dzień pierwszy.

Ale od początku – na początku były pożegnania i wyjazd. Część pożegnaniowa była ciężka, nagle okazało się, ile bliskich mi osób zostawiam. Dużo było łez i spazmatycznego płaczu… Do mojej bullerbynowej rodziny – jesteście absolutnie najlepsi i niezastąpieni! Bullerbyn zawsze we mnie zostanie, bo Bullerbyn to styl życia a nie tylko miejsce.

Po pożegnaniach wszelakich wyruszyłyśmy w drogę, poprzedzając to długim załadowywaniem niebieskiej strzały niekończącą się ilością rzeczy.

Droga do Brna

Czyli w mega stresie, parę razy gaśnie mi samochód. Przypominam, że nie umiem jeździć. Już w Brnie też mi zgasł przed przejściem dla pieszych pod górkę, z tyłu oczywiście inne samochody, więc było strasznie. Przed granicą kupiłyśmy winietę na Czechy i od razu na Austrię. Zaczęło łapać mnie coś w rodzaju przeziębienia – męczący katar i ból gardła. Po dojechaniu i opadnięciu adrenaliny idziemy na szybki spacer i kolację z czeskim piwem. Brno ma w sobie coś urzekającego, byłam tam już wcześniej, ale z przyjemnością wróciłam. Choć teraz bardzo szybko dopadło mnie zmęczenie – jak się okazuje bycie w ciągłym napięciu prowadzenia samochodu jest męczące.

 

Droga na Słowenię

Po porannym ogarnięciu się wyruszyłyśmy dalej. Zdecydowanie najprzyjemniejszy dzień prowadzenia samochodu (już nie gasł), aż do Słowenii, gdzie mieliśmy nocleg. Konkretnie w Kranjskiej Gorze. Opcją było też nocowanie w Austrii, jednak noclegi tam były znacznie droższe. Żeby dojechać do tej Kranjskiej Gory, trzeba było pokonać wiele górek, w tym taką, która miała 18% nachylenia i trzeba było to robić na pierwszym biegu. Na mega wysokich obrotach. Przy rosnącej temperaturze silnika. A jak wydawało się, że koniecznie trzeba zmienić już na drugi bieg, bo silnik nie da rady, to samochód stracił moc i zgasł. Zaciągnięcie ręcznego nic nie dało, staczał się w dół. Za nami oczywiście pojawiły się samochody, ale odstraszyłam ich światłami awaryjnymi, na szczęście było miejsce, by mogli mnie wyminąć. Jakimś cudem udało się ruszyć, po paru minutach dłużących się niczym wieki i moich tekstach „no nie ma opcji, nie podjadę, nie dam rady”, nauczyłam się wjeżdżać pod górę na jedynce. Generalnie wiele nauczyłam się o moim samochodzie. Potem znowu takie samo zmęczenie jak dzień wcześniej, tym razem przy słoweńskim piwie i pizzy – nie tylko mi się ono udzieliło, poszłyśmy spać jakoś po 21.

Droga do Toskanii

Pierwszy raz musiałam wjechać w bramki na autostradzie, czego tak bardzo obawiałam się parę miesięcy temu. Że mi nie starczy ręki, bo za daleko stanę lub w ogóle nie wceluję w bramkę. O, i najgorsze – że nie odpali mi samochód i bramka się zamknie zanim przez nią przejadę. Nic z tych rzeczy, jedyną bolączką były drogie autostrady. Choć cudowne, czteropasmowe, świetnie się ze wszystkimi ścigało, ale z głową – nie jeżdżą tu polskie świry jeżdżące slalomem 180 km/h, tylko jakoś tak zdroworozsądkowo wszyscy trzymają się ograniczeń prędkości. No i tunele, nie wiem czemu, ale je lubię. I fajnie jak jest dużo zakrętów jak w Toskanii, to nie jest nudno. W przeciwnym razie z nudów śpiewam prowadząc.

Po drodze zahaczyłyśmy o Wenecję, w której byłam już drugi raz, więc pozytywne wrażenie nie było aż tak duże jak za pierwszym razem. Fiesta nie miała się gdzie załatwić, więc zrobiła to na chodniku, posprzątałam i potem przez 20 minut chodziłam z psią kupą, bo nie było jej gdzie wyrzucić. Zaczęłam sobie już w pewnym momencie śpiewać, że chodzę przez Wenecję z kupą.

Z naszymi gospodarzami z workawaya spotkałyśmy się w miasteczku Aulla, około 20 km przed ich domem. Oczywiście byłyśmy zestresowane, jak to będzie, presja pierwszego wrażenia. Ja dodatkowo tym, że oni będą prowadzić, a ja mam jechać za nimi. Okazało się, że to bardzo sympatyczna para, na oko koło 50-tki, Grazia i Antonio. Wspomniałam ze sto razy jak to nie umiem prowadzić i żeby jechali wolno, ale było naprawdę w porządku – kręta droga ciągnie się tu pod górę, ale dość spokojnie, nie jak na Słowenii. Nie wiem tylko co się dzieje jak z naprzeciwka nagle wyrasta samochód, bo przestrzeni do mijania to tam nie ma.

I tak minęła droga, w sumie nic ciekawego, jechanie, śpiewanie, stacje benzynowe. Schlebiało mi momentami jak dziewczyny zasypiały w samochodzie i ani razu nie udało nam się pomylić drogi. Teraz już drugi dzień w nowym domu – o tym jak tutaj w kolejnym wpisie.