Siedzę sobie na ławeczce przed swoim albergue, zaczyna się ściemniać. Jestem w Torres del Rio, przeszłam dziś 27 km, więc dotychczasowy rekord. Uwielbiam iść sama, mogę rozmawiać z ludźmi wieczorami czy w przerwach, ale kiedy idę nie lubię dostosowywać tempa do kogoś (a nie ukrywajmy, moje nadal jest słabe). Wolę iść dłużej a wolniej.

Większość ekipy, z którą się dzisiaj mijałam na trasie, zostawiłam 8 km wcześniej, w Los Arcos. Droga na tym odcinku podarowała mi kij – zdaje się, że poprawiałam buta jak go zobaczyłam. Wcześniej dwa dni wybrzydzałam chcąc kija i nie mogąc znaleźć odpowiedniego (a przecież wszyscy mówili, że camino ma mi dać wszystko to, czego potrzebuję!). To był najwygodniejszy odcinek do tej pory, kij doskonale nadaje tempo i podtrzymuje. Zostaniemy razem na dłużej.

I jeszcze taka mała dygresja – nigdy nie rozumiałam zachwytów nad Francuzami, aż do dziś. Mijałam się z jednym, którego głębokie „hola” z francuskim akcentem ugięło pode mną kolana (tak, tak, może to kwestia ich przeciążenia)…