Jak już pewnie wszystkich trzech czytelników mojego bloga wie – Menta urodziła. Tuż przed naszym wyjazdem do Florencji. Pisałam o tym na facebooku, ale przytoczę jeszcze raz, co by ta piękna chwila nie uleciała.

18.04.2017: Fiesta obudziła mnie w nocy, była niespokojna, wypuściłam ją więc z domu. Nie wracała, więc na bosaka wyszłam za nią, była z drugiej strony domu, szczekając nie wiadomo na co. Kazałam jej wrócić, zasnęłam.
Obudziłam się z przeczuciem. Wyjrzałam przez okno i widziałam tylko konia i jednego z osłów. Wyszłam do nich w piżamie, a tam, pod daszkiem, czekał na mnie jeden z najbardziej poruszających widoków. Menta urodziła, maleństwo stało obok niej na drżących nogach. Poryczałam się, pogratulowałam dzielnej ośliczce i wróciłam do domu, powiedzieć dziewczynom i budzić Grazię i Antonia.
To prawdopodobnie chłopiec i prawdopodobnie dostanie imię wymyślone przeze mnie – Florencio.

Tak, to niewątpliwie chłopiec, ale jednak przyjęła się wersja imienia „Florence”. I tu mój ambitny żart, jego twarz trochę przypomina Florence Welsch z Florence and the Machine. Trzeba przyznać, że jak na razie wygląda odrobinę jak wielbłąd z rzadką brodą i Grazia się śmieje, że jest po prostu brzydki. Ale za to mięciutki, zaskoczony całym światem, nieodstępujący Menty na krok, a jednocześnie nadstawiający się do głaskania, ufnie patrząc w oczy. Jak go zobaczyłam pierwszy raz to był jeszcze mokry, teraz już potrafi biegać, a ma dopiero pięć dni.

Po przywitaniu Florence pojechałyśmy do Florencji. I tam trafiłyśmy na drugi deszczowy dzień podczas naszego wyjazdu. Tylko trochę przeszkadzało nam to w chodzeniu po mieście, czy piciu wina z kartoników (takich jak od soczków tylko bez słomek). Znalazłyśmy nawet karuzelę z konikami i na niej jeździłyśmy, choć było to bardziej ekscytujące w naszej wyobraźni, zanim na nie wsiadłyśmy – ogiery nie takie znowu rącze. Miałam okazję zobaczyć moją ulubioną rzeźbę, czyli „Dawida” Michała Anioła. Nie pytajcie czemu ulubiona, nie mam pojęcia, choć pewnie Freud miałby tu wiele do powiedzenia. Jadłyśmy też najlepszą pizzę jak do tej pory (Pizza Gusta, via Maggio 46R) – tłum ludzi w pizzerii, 7 rodzajów pizzy do wyboru, pizza krzywa, z pysznym sosem i ciastem, czyli tak jak to powinno wyglądać. Po trzytygodniowym życiu na wsi próbowałyśmy także zaznać jeszcze więcej uroków miasta, czyli udać się na jakiś clubbing, jednak jak to bywa z próbami wyjścia we wtorek, bez znajomości miasta, skończyło się na dwugodzinnym chodzeniu po opustoszałym mieście i powrocie do hostelu.

Następnego dnia, po szybkiej kawie zamówionej w kawiarni przy barze (pamiętajcie, zamawiając coś przy barze, a nie do stolika, jest taniej!), pojechałyśmy do Sieny. Sama droga była cudowna. Celowo ominęłyśmy autostradę, a wybrałyśmy Chiantigianę, czyli krętą drogę numer 222, ciągnącą się przez pocztówkowe wzgórza Toskanii. Tak nas urzekła, że z powrotem też nią jechałyśmy, tym razem z jeszcze bardziej pocztówkowym, wręcz banalnie pięknym zachodem słońca. Co chwilę się zatrzymywałam, żebyśmy mogły wysiąść z samochodu i zrobić zdjęcia (i tylko raz bym spowodowała przez to wypadek, bo trzy samochody jechały za mną, a ja dałam po hamulcach i przejechałam na drugą stronę ulicy po ciągłej. no ale widok był tego wart). Co chwilę mijałyśmy winnice, zajechałyśmy do jednej z nich na degustację wina. Pewnie jeszcze lepiej jest we wrześniu, kiedy mijane winorośle uginają się od owoców. Ale ja pewnie będę mieć to samo w Hiszpanii w tym czasie. W ogóle wszystko mi się kojarzy z Hiszpanią, i to dziwne, ale widoki sprawiają, że tęsknię za Hiszpanią (za Polską też trochę, ale tylko za ludźmi).

Siena jest chyba jeszcze bardziej klimatyczna niż Florencja. Ma mnóstwo maleńkich, podobnie wyglądających uliczek, a w centrum jest wielki plac, gdzie wszyscy siedzą na ziemi, jedzą lody, niektórzy leżą, jakieś dzieciaki grały w piłkę. Cudowny klimat. Ach, i pogoda nam się poprawiła, cały dzień było całkiem słonecznie.

To co mnie zaskoczyło, to reakcja Włochów na psa. Jak dziewczyny wchodziły do jakiegoś sklepu, to czekałam z Fiestą przed wejściem i do bardzo wielu miejsc mnie zapraszano, machano, żebym weszła razem z nią. To były też sklepy z jedzeniem na półkach. Z kawiarniami w ogóle nie było problemu, sądziłam, że możemy być tylko w ogródku, ale kogokolwiek nie zapytałam, to mogłam też wejść z psem do środka.

Po tej krótkiej wyprawie wróciłyśmy na naszą toskańską wieś, długo jadąc autostradą po zmroku, gdzie prawdopodobieństwo, że zasnę za kierownicą, rosło z każdą chwilą. Dziś jest dzień, kiedy pierwszy raz w ciągu naszego pobytu w Quarazzanie jest zimno i pochmurno, a w nocy padało. 16^, ale zdaje się być mniej. Siedzimy więc w domu, obejrzałam serial, próbuję zmotywować się do wyjścia z psem. A w ogóle to mamy gości – przyjechał kuzyn Antonia z żoną, dwójką dzieci i psem. Dzieci to chłopcy 7 i 9 lat. Starszy stara się mówić po angielsku przy nas, choć zna tylko kilka słów, ale już zdołał mi powiedzieć, że jestem piękna i poprosić o selfie ze mną. Włosi.