I już jutro Clara, Antonio i dzieciaki wracają. Ten czas upłynął mi dość różnorodnie. Pierwsza część to fiesty, a druga to praca. Zacznijmy więc od fiest. W miasteczku położonym najbliżej cortijo było standardowe tygodniowe świętowanie obchodów wsi, a w weekend trzydniowa impreza taneczna na głównym placyku. W Polsce jak coś się dzieje w środku miasta, to zazwyczaj trwa do 22, bo cisza nocna. Tutaj o 22 jeszcze nic się nie zaczynało, bo to pora, kiedy ludzie jedzą. Pierwszego dnia zostałam tam do 5 rano, drugiego do 3, a trzeciego pojawiłam się tylko na chwilę około północy. Natomiast ludzie ponoć codziennie tańczyli aż do 8 rano, a zespół nadal grał!

Pierwszego dnia umówiłam się z Loreną, 17-latką z „naszej” rodziny, bo głupio mi było tak po prostu przyjechać, nie wiedząc jeszcze co tam się właściwie dzieje. Z Loreną jest taki problem, że kompletnie nie rozumiem co mówi, w zasadzie nigdy. Mówi szybko, z żywiołową nastoletnią manierą. Nie przeszkadza nam to we wspólnym śpiewaniu piosenek Alvaro Soler. Na fieście jednak dość szybko mnie zostawiła przy stole dla dorosłych, gdzie siedziała reszta mej przybranej rodziny. Sądziłam, że jak nie ma Antonia, to pewnie będę musiała sama płacić za swój alkohol. Gdzieżby tam. Kupiłam sama tylko pierwsze piwo. I mimo tego, że niewiele rozumiałam, było naprawdę super. Eduardo, czyli ojciec Antonia i reszty braci, usiadł specjalnie obok mnie, żeby mi tłumaczyć z hiszpańskiego na hiszpański co ciekawsze rzeczy. Choć muszę przyznać, że już rozumiem mniej więcej czterech na pięciu braci. Jak zwracają się do mnie, bo jeśli rozmawiają między sobą, to nie jest tak łatwo.

Niesamowite jest to, że na takich fiestach bawią się wszyscy – od najstarszych do młodzieży, choć młodzież początkowo pałęta się w okolicznych uliczkach i tylko zachodzi do sklepu po alkohol. Przychodzą też rodzice z dziećmi (które tu uczestniczą we wszystkich aktywnościach, nie idą spać o 20), a z kolei ci najstarsi, którzy już nie mają sił, żeby tańczyć, siadają wystrojeni na krzesłach i obserwują całą imprezę. Choć najczęściej do bardzo późnego wieku mają siły, żeby tańczyć. A co do wystrojenia, to można zobaczyć cały przekrój ubrań – starsi ludzie zazwyczaj wyglądają odświętnie, ale młodsi bardzo różnie. Choć młode hiszpańskie dziewczyny zazwyczaj są baaardzo wypacykowane. I chodzą w grupach. Czasami miałam wrażenie, że wszędzie widzę zespół Pussy Cat Dolls.

Scena, godzina 23, więc jeszcze nic się nie dzieje.

Na fiestach grają zespoły. Pierwszego dnia gruba i chuda dziewczyna, a potem zespół składający się z dużej liczby osób, mający własne choreografie do piosenek. Drugiego dnia zaczął zespół składający się z ojca i około 18-letniej zestresowanej córki. Zaczęła od piosenki z Titanica, dziwnie się poruszając, ale śpiewała bardzo dobrze. Była przejęta niczym na konkursie piosenki, co było dość smutne, bo nikt nie zwracał na nią uwagi – było po 23, więc wszyscy jeszcze rozmawiali i pili. Później znowu ten sam duży zespół co dzień wcześniej. I… dokładnie te same piosenki. Juan mi później wyjaśnił jak to działa – najpierw grane jest pasa-doble, o którym wcześniej słyszałam tylko w Tańcu z Gwiazdami, a tutaj wszyscy to normalnie tańczą. Choć jest to grane bardziej dla starszych ludzi. Potem coś podobnego, czego nazwy nie pamiętam, potem rumba, czyli jest bardziej dla młodych, w międzyczasie trochę obecnie znanych hitów, czyli Enrique Iglesias, Shakira i oczywiście Despacito z sześć razy. Potem ja szłam do domu, ale ponoć grają jakieś dyskotekowe rzeczy, a nad ranem bardziej rockowe, więc zasadniczo mogłabym przyjść na taką imprezę rano.

Pierwszego dnia tańczyliśmy całą rodziną, drugiego już mniej, a trzeciego tylko zobaczyłam, że znowu to samo i bardzo mało ludzi (bo to niedziela), więc zawróciłam. Pierwszego dnia miały też miejsce kolejne swaty. Eduardo senior i junior zawołali jakiegoś faceta, żeby koniecznie się ze mną zapoznał. Feliks, całkiem miły, choć dość stary (42 lata), jednak oczywiście kompletnie niemówiący po angielsku, a mój podstawowy hiszpański się w którymś momencie kończy, więc porozmawialiśmy chwilę i tyle. Po paru godzinach do naszego stołu dosiadła się jakaś dziewczyna, czyjaś córka czy bratanica czy ktokolwiek. Zawołali mnie do niej, bo podobno mówi po angielsku. Tutaj jak ktoś mówi po angielsku, oznacza to, że zna kilka słów i tak też było w tym przypadku, więc już łatwiej mi się z nią rozmawiało po hiszpańsku. Z tego co zrozumiałam, to była kiedyś w Polsce. Po chwili zapytała, czy mam chłopaka. Ja na to, trochę zaskoczona prędkością pytania, że nie. Dziewczyna ucieszyła się, jakby wygrała na loterii. Chwilę później zawołała mnie do… Feliksa. Swaty nie odniosły sukcesu.

Wspominałam w ostatnim wpisie, że fajnie by było nie być bohaterką horroru, mieszkając w cortijo na odludziu, prawda? Pewnego wieczora lało i grzmiało. Bo w ogóle przez ostatnich parę dni pogoda była dość angielska – każdego dnia deszcz, choć wcześniej słyszałam, że w Andaluzji nigdy nie pada. Nie wierzcie w to. Plus był taki, że nie musiałam podlewać kwiatów i chodziłam przez dwa dni w swetrze za którym się stęskniłam. A więc tego feralnego wieczoru napisałam do mojej przyjaciółki, że trochę tu jak w horrorze, leje, burza, a ja sama, jak nic powinnam czekać na złowrogie, powolne pukanie do drzwi. Zasnęłam (ja zasadniczo nigdy nie mam problemów ze spaniem, nawet jak coś ma mnie za chwilę zamordować), a około 1 w nocy obudziło mnie szczekanie psa na dworze i kierowane do niego słowa „Toby, cicho”. Pomyślałam, że to pewnie któryś z braci. Już przymierzałam się do dalszego spania, kiedy słyszę pod swoim oknem szeptane „Monikaaa, tu Filip”. Wspominałam o pracy Clary, prawda? Jest edukatorem dla Filipa, który mieszka z opiekunem 15 km stąd. Tego wieczora jednak uciekł i szedł do Clary przez cztery godziny w deszczu, po czym przypomniał sobie, że Clara jest we Francji, więc zawrócił do cortijo, gdzie na szczęście byłam ja. Nie dogaduje się z obecnymi opiekunami, dałam mu swój telefon by mógł zadzwonić do Clary (normalnie dzieciaki będące w tym projekcie nie mogą mieć komórek). Potem odwiozłam go do domu. I obiecałam, że go odwiedzę, ale jestem beznadziejna, bo nadal tego nie zrobiłam.

Zachmurzone niebo. Nadal mnie tu dziwi.

Głównie dlatego, że przez ostatni tydzień pracuję – przyjaciółka mojej byłej szefowej z Polski ma znany portal parentingowy i zaproponowała mi opisywanie znaczeń imion. Piszę więc historię imienia, numerologię, pasujące znaki zodiaku i jaka jest dana osoba. Nie rozumiem ludzi, którzy w to wierzą. O ile historia imienia może być ciekawa, tak cała reszta… Czuję się trochę jak w liceum, gdzie parę razy pisałam dla gazetki szkolnej horoskop. Nie, nie patrząc wcześniej w gwiazdy i nie wróżąc ze szklanej kuli. Na początek mam opisać setkę imion, opisałam 61. Zależy mi na czasie, bo robię to z mieszkania Clary i Antonia, jak wrócą, to nie chcę im tu ciągle przesiadywać, więc chcę opisać jak najwięcej mogę. Praca żmudna, każdego dnia zajmuje mi to większość czasu, ale pieniądze na paliwo nie rosną na drzewach. Jak na przykład figi, które rosną. Ostatnio jem śniadania z bardzo świeżymi figami – w przeciwnym razie spadają mi na patio w sporych ilościach.

Od wczoraj nie rozumiem mojego ulubionego konia – Estrelli. Normalnie daję koniom dwa razy dziennie granulat, który uwielbiają, i siano, które po prostu jedzą jako taki zapychacz. Estrella nie chce jeść granulatu, za to uwielbia wychodzić za mną do takiej wspólnej przestrzeni, gdzie jest wielka kostka siana i jeść bezpośrednio stamtąd. Potem nie chce wracać do swojego boksu. Pomyślałam, że może po prostu jej się nudzi, więc zabrałam ją wczoraj na spacer, najpierw przez 20 minut wybierając uzdę. Nie mam pojęcia jak to się zakłada, jestem przekonana, że założyłam jej to źle, ale na spacerze była bardzo zadowolona i chciała zjadać absolutnie każdy krzak. Potem jednak ta sama historia – Estrella nie chce wracać do siebie, dziś rano namawiałam ją na to z 15 minut, ale chyba nie jestem dla niej bardzo przekonująca. Tutaj mało kto się cacka z końmi, bardziej traktując je jako przedmioty użytkowe, którymi rządzi człowiek. A ja się naczytałam o tych wszystkich naturalsach, coachingu z końmi i innych dziwnych ruchach, przez co bardziej stanowcze podejście wobec konia mi nie podchodzi i mam wrażenie, że one to świetnie wyczuwają, robiąc ze mną co chcą.

A poza tym został mi tydzień do wyjazdu. Staram się jakoś przygotowywać Fiestę, że będzie mieszkać na zewnątrz beze mnie. Wczoraj pierwszy raz została cały dzień sama na dworze – jak wyjeżdżałam to biegła przez moment za samochodem, ale po chwili się zatrzymała i została. Za to dziś inny pies wystartował by za mną biec, czego nigdy wcześniej nie robiła. Pies jest suczką o imieniu Pikachu i jest jednym z najgłupszych psów jakie spotkałam, z całym szacunkiem i moją miłością do psów. Pikachu jest po prostu durna i nie potrafi panować nad emocjami, wiecznie na wszystkich skacząc i drapiąc. Tak czy inaczej, biegła za samochodem i Fiesta zaczęła robić to samo, mimo moich krzyków, żeby zostały. Kto zna mojego psa, ten wie, że nie należy ona do najbardziej wysportowanych, ale o dziwo przebiegła całą dość długą drogę (i pod górkę) od cortijo do ulicy. Musiałam więc ją zabrać do samochodu i zwieźć na dół, za drugim razem też biegła, ale już nie tak daleko. Jest to straszny widok, na początku prawie się poryczałam. Mam tylko nadzieję, że jak wyjadę, to nie wpadnie na pomysł, żeby mnie szukać.