Mam nowy dom. Na 11 miesięcy, więc ogrom czasu. W zasadzie to niemal tyle, ile mieszkałam na warszawskim Powiślu. Mogę ogarniać meble czy wystrój mieszkania. I cały czas mam mieszane uczucia, z jednej strony to chyba fajnie, a z drugiej… Czy ja dam radę po tych wszystkich doświadczeniach mieszkać gdzieś AŻ 11 miesięcy?!?!

Ostatnie dni w cortijo przebiegły dość sielankowo, może poza siedzeniem w barze z Antonio do 6:30 rano i piciem po prostu wszystkiego, dzięki czemu do tej pory jestem lekko przeziębiona, bo było dość chłodno. Potem pożegnania, nawet kupiłam dzieciakom prezent. Anamarisa chciała dać mi swojego misia na wyjazd, choć finalnie się na to nie zdecydowała, ale mówiła jego głosem „chcę jechać z Moniką!”. Rodzice Antonia żegnali mnie ze łzami w oczach, mówiąc, że zawsze mam tu dom. Wiele razy już to słyszałam, w zasadzie od każdego hosta, ale teraz poczułam, że to takie naprawdę szczere. A Antonio mówił, że to tylko trzy godziny i że zawsze mogę powiedzieć, że jadę do rodziny i zniknąć na weekend. I przypominał mi daty, kiedy są następne okoliczne fiesty.

Tak też się poczułam wyjeżdżając. Że zostawiam tam moją rodzinę i cudne miejsce, którego widok nie przestawał mnie zachwycać. Ciężko jest zamknąć jakiś rozdział, jeśli serce nadal tam jest. Ostatnimi czasy miałam też obsesyjne myśli, żeby tam po prostu zamieszkać na stałe. Budowa niewielkiego domu nie jest jakoś bardzo droga, a Antonio zaproponował mi, że może mi DAĆ ziemię. Jako prezent. Jeśli tylko chcę.

A to co jeszcze jest tam teraz, to mój pies. Wczoraj zadzwonił Juan, czyli jeden z braci Antonia, że Fiesta jest trochę smutna, ale wszystko z nią w porządku. Potem nie mogłam zasnąć wiedząc, że jest ona tyle kilometrów stąd, beze mnie.

Początek nowego rozdziału wygląda tak, że wyjechałam z gór, wjeżdżając na znów gorące niziny. Nie mogę się przestać dziwić różnicom temperatur w Hiszpanii. Sierra dziś 25 stopni, a Murcia 35. Na miejscu najpierw spotkałam się z Noemi i Magdą, pracującymi w organizacji pośredniczącej między fundacją polską (która mnie tu wysłała, choć w życiu mnie nie widzieli) a hiszpańską (z którą też się jeszcze nie widziałam). Noemi jest za nas odpowiedzialna jako koordynatorka, a Magda to jej koleżanka (która nie wiem czym się tam dokładnie zajmuje), która też jest Polką, więc miałam okazję znów porozmawiać po polsku. Po chwili odebrałyśmy ze stacji autobusowej też inną wolontariuszkę, 24-letnią Dianę z Portugalii, a potem pojechałyśmy do naszego mieszkania.

Przy przejściu dla pieszych jest wejście do naszego mieszkania

Mieszkam w samym centrum, mam 11 minut na piechotę do katedry. W mieszkaniu była już 20-letnia Carol z Austrii, która jest tu od stycznia, ale wyjeżdża pod koniec września. Miałyśmy do wyboru wolne pokoje, jeden naprawdę mega duży, z podwójnym łóżkiem i własną łazienką. Pomyślałam, że super, pewnie wszystkie są takie. Zobaczyłam drugi, który jest dość obskurny i zrozumiałam, że jedna z nas będzie miała właśnie ten, a druga ten duży. Ale okazało się, że jest jeszcze jeden pokój, całkiem w porządku, choć z pojedynczym łóżkiem i raczej średniego rozmiaru. Doszłyśmy z Dianą do wniosku, że pokój numer dwa z góry odpada i rzuciłyśmy monetą o dwa pozostałe. A w zasadzie ja rzuciłam. Nie mam szczęścia do takich rzeczy, mam mniejszy pokój bez łazienki. I pisząc to uświadomiłam sobie, że gdybym nie zrobiła nieplanowanej przerwy w prowadzeniu, nie zatrzymała się przy supermarkecie na zakup jedzenia i nie jadła na parkingu, to miałabym duży pokój, bo przyjechałabym przed Dianą. Która i tak potem pytała czy na pewno i chciała mi go oddać, więc śmiałyśmy się, że w końcu żadna go nie chce. Ale mój pokój jest całkiem w porządku, choć najważniejsze byłoby to podwójne łóżko. Odkryłam, że w Murcji jest sklep Tiger, więc upiększę pokój jeszcze bardziej. No i Ikea (choć wolałabym tam nie jechać, bo po 11 miesiącach zostanę z toną rzeczy do mieszkania). Obie mamy widok na ścianę. Dosłownie. Jest ulica, a za nią ściana kościoła, a jak zadrę głowę patrząc przez okno, to mogę zobaczyć, że ściana ma też wieżę. W pozostałych dwóch pokojach jest widok na nasz taras, który jest ogroooomny (naprawdę, wielkościowo jak moje mieszkanie na Powiślu razy dwa), ale też otoczony ścianami. Po widokach na Sierrę jest to dość klaustrofobiczne. Mamy też salon, który ma drugi balkon. Ja z mojego pokoju też mogę wyjść na taki balkonik, co to tylko stopy się na nim mieszczą. Co do ogromnego tarasu, to Noemi powiedziała mi, że tragicznie się tu parkuje, nie ma darmowych miejsc w okolicy (ale do parkingu mam tylko 9 minut na piechotę, więc nie jest to jakiś dramat), ale wybrała dla mnie to mieszkanie, bo jest szansa, że właściciel może zgodzić się, bym trzymała Fiestę na tarasie!!!! Ponoć jest całkiem miły, ale mieszka w tym samym budynku i dość często tu przychodzi (np. przynieść pomarańcze), więc nie mogłabym jej tu trzymać nielegalnie. Byłoby to przecudowne, taras jest naprawdę wielki i zacieniony.

Dla wolontariuszy są jeszcze dwa inne mieszkania. W jednym mieszka Ornela, włoszka, która jest tu od maja, a w drugim dwie dziewczyny, które też przyjechały wczoraj. Wyszłam wczoraj z Dianą się z nimi zapoznać. Jedna to Annikki z Estonii, 19-latka, która będzie wolontariuszką w przedszkolu, a druga to Marilisa, też z Włoch. Taka z niej bardzo dziewczęca kobietka, reagująca na wszystko co powiedziałam „oooo wooow”, byłam przekonana, że też ma góra 20 lat. Okazało się, że ma 27. Będzie wolontariuszką w jakiejś fundacji pomagającej osobom wykluczonym. Cieszę się, że mieszkam z Dianą (która będzie w fundacji dla uchodźców), bo ma zdecydowanie najlepszy angielski (więc będę mogła się nadal rozwijać w tej kwestii), a do tego chyba najbardziej odpowiada mi temperamentalnie, choć zdecydowanie za dużo gada, do tego strasznie szybko. Ale też bardzo dużo podróżuje, była w Ekwadorze, Tybecie, Nepalu, Japonii, Malezji i nawet nie pamiętam gdzie jeszcze, na plecach ma wytatuowane pieczątki ze swojego paszportu, choć teraz mówi, że to głupi pomysł, bo nie lubi bólu związanego z tatuowaniem. Mam hipotezę, że być może też dlatego zostałyśmy przydzielone razem do mieszkania, ja w swoim liście motywacyjnym oczywiście pisałam o rzucaniu pracy i podróżowaniu. Ma jeszcze dojechać dziewczyna chyba z Ukrainy i chłopak z Turcji, ale czekają na swoje wizy oraz dwójka wolontariuszy, która nie została jeszcze zrekrutowana, więc nie wiadomo kim będą.

Sama Murcia to miasto (i stolica regionu Murcia, bo nie jestem już w Andaluzji), gdzie mieszka ponad 440 tysięcy ludzi. Dla porównania, w mej ukochanej Maladze jest prawie 570 tysięcy, a w niemal równie ukochanym Burgos już tylko 176 tysięcy. Nie skradła mi serca, choć nie jest źle. Właśnie skończyła się trwająca tu dwa tygodnie fiesta (a jakże), a dziś jest święto, więc niemal wszystko jest zamknięte i jest to dzień wolny od pracy. Tylko w Murcji. Powłóczyłam się więc trochę po mieście i jeśli sprawiło na mnie wrażenie, że nie jest źle, w momencie jak wszystko jest zamknięte, to pewnie może być tylko lepiej jak będzie otwarte. Mam też dość blisko na przykład do Alicante, bo tylko 50 minut (i do innych miasteczek na wybrzeżu).

Mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony widzę jak brakowało mi miasta, jak przyjemnie patrzy się na księgarnie, knajpki, różnorodność ludzi (gdzie nie uchodzę za kosmitkę, bo nie jem mięsa), dużo ludzi młodych (bo to miasto uniwersyteckie), możliwość pójścia do baru gdzie będzie leciał rock… A z drugiej widzę ten beton, ten brak zieleni (do najbliższego parku mamy kawałek, więc jak Fiesta tu przyjedzie to będzie sikać na beton), ten hałas i widok gór z daleka, który sprawia, że nie mogę przestać myśleć o moim poprzednim domu. A zdarzało się, że mieszkając tam, jechałam do centrum handlowego parędziesiąt kilometrów, żeby z kolei poczuć się jak w mieście.

Staram się skupiać na pozytywach. I jak będę mieć tu swojego psa, to wszystko będzie dużo piękniejsze. A jutro mamy spotkanie organizacyjne i pewnie poznam więcej szczegółów co do samego wolontariatu.