Jestem w Hiszpanii, znowu na Camino! Niesłychaną przyjemnością było dla mnie odpowiedzieć na bramce na autostradzie „gracias”, a potem już zrezygnowałam z płatnej autostrady na rzecz bezpłatnej drogi ekspresowej. Całą drogę jechałam uśmiechając się. Z resztą jeszcze we Francji, jak zobaczyłam pierwsze kierunkowskazy na San Sebastian, to już zaczęłam się cieszyć, a jeszcze bardziej widząc pierwszą hiszpańską rejestrację.

Dojechałam dość zestresowana, bo nie wiedziałam, co mnie czeka. Tym bardziej, że Inma – moja hospitalera, czyli osoba zajmująca się albergue (czyli hostelem dla pielgrzymów), nie odpowiadała przez parę godzin na smsa. Dopiero jak zainstalowałam whatsappa i napisałam jeszcze raz, to wtedy odpowiedziała.

Czekałam nad nią pod albergue, napawając się widokiem Hornillos del Camino, w którym teraz mieszkam. Niesamowite jest to, że dokładnie pamiętam jak przechodziłam przez tę wioskę. To był dzień, kiedy Paul sobie rozwalił nogę i wziął taksówkę, a ja mu oddałam swój plecak, przez co na początku szłam jakbym frunęła, a po jakimś czasie doczołgałam się do Hontanas, kolejnej wioski, bo jak się okazało, z plecakiem szło się dużo lepiej albo po prostu inaczej. A teraz jestem tu, swoim samochodem i ze swoim psem. Przez pierwszych parę godzin czułam się jak w nierealnym śnie.

Inma nie mówi dobrze po angielsku, ale jakoś się komunikujemy. To takie smutne, że jak już osiągnęłam poziom angielskiego w miarę komunikatywny i mówię już niemal tak szybko jak po polsku, to muszę się hamować, bo nikt mnie tu nie rozumie. Pierwszego dnia poznałam chyba połowę wsi, a drugiego dnia drugą połowę. Bo Hornillos ma… uwaga… około 10 mieszkańców 😀 A reszta to pielgrzymi, którzy przewijają się tu przez cały dzień. Poznałam więc Ramona, co sprzedaje tu papierosy, trzech starszych panów na ławce, z których jeden zapraszał mnie po hiszpańsku na wino, Son i Diego z koreańskiej restauracji, z którymi dzielimy bliźniaka (w sensie dom) i podwórko. Son to koreańczyk i kucharz, którego pierwszym pytaniem do mnie było ile mam lat (tylko, że on po angielsku nie mówi prawie nic). Umówiliśmy się, że będzie dawał Fieście resztki jedzenia z restauracji, co się okazało nawet nie resztkami, ale wielkimi kawałami gotowanego mięsa. Diego z kolei to 27-letni Włoch, który w lutym zaczął iść na Camino z Włoch właśnie, aczkolwiek część przejechał pociągiem. Teraz od miesiąca pracuje w restauracji, żeby trochę zarobić, a potem iść dalej. Planował wyruszyć z końcem maja, ale wczoraj miał z Sonem wielką kłótnię, przez co przeniósł się do nas na noc, a że Son bez niego nie da rady, to dziś restauracja jest zamknięta. Co będzie dalej, zobaczymy, ale zaleciało niemal Modą na sukces, chociaż to był podobno pierwszy raz z taką kłótnią.

Poznałam też właścicieli innych albergue (jest ich tu aż 5) i drugiej restauracji, którą prowadzi David. Z nim na szczęście w miarę da się dogadać po angielsku, pokazywał mi wczoraj zdjęcia swoich kotów i psów, więc wydawałam achy i ochy, chociaż przecież wiadomo, że tylko Fiesta na zdjęciach jest interesująca. Wszyscy byli nad wyraz mili. No i jest też Adrian, poprzedni workawayer, który wprowadzał mnie wczoraj i dziś w moje obowiązki, a jutro przeniesie się do pracy w restauracji u Davida, który mu to zaproponował. Mieszka w pokoju obok mnie, jest z hiszpańskiej Galicji. I o dziwo ma 38 lat, ale wygląda na góra 32, do tego zachowuje się też jakby miał mniej. No i zaczął mnie uczyć hiszpańskiego, bo mówi, że sprawia mu przyjemność uczenie mnie. Nie mam pojęcia dlaczego, wszystkiego zapominam po chwili, a jak już mówię, to trwa to i trwa, zanim sklecę zdanie. Za to jak już coś powiem to widzę błysk satysfakcji w jego niebieskich oczach. Jest bardzo miły i lepszy ode mnie w łapki. Będzie pracował tylko od 18 do 22, więc powiedział, że i tak mi będzie pomagał za dnia w albergue.

I jest też Inma, czyli hospitalera właśnie, i to u niej w domu jestem. Ma około 45 lat. Kiedyś pracowała w turystyce, ale zdecydowanie od hoteli woli albergue na camino. Miała też wegetariańską restaurację, dzięki czemu super gotuje. Jadłam dziś najlepszą paellę w życiu, i co ciekawe – nigdy nie mogłam się przekonać do krewetek, a dziś zjadłam jedną i pierwszy raz mi smakowała! Do tego mam wino i codziennie moje ukochane cerveza con limon. Inma wynajmuje połowę bliźniaka, na dole jest kuchnia, mały salon i łazienka, a na górze trzy pokoje dla nas i jeden do relaksu, z muzyką, światełkami i matą do leżenia, jogi czy czegokolwiek.

Albergue jest oddalone 5 minut piechotą od domu. Są tam 32 miejsca dla pielgrzymów. Codziennie o 8:30 jemy tam śniadanie i zaczynamy sprzątać, ja i Adrian (jeszcze) pokoje i kuchnię, a Inma łazienki. Zajmuje to góra dwie godziny. Potem o 12:00 albergue jest otwierane, najczęściej robi to Inma, wtedy jest najwięcej pielgrzymów. Adrian przychodził o 15:00, żeby ją zmienić i siedział w zależności od tego, ile chciał, mógł siedzieć do 18 albo dłużej, jeśli chciał spędzić więcej czasu z pielgrzymami. Główne zajęcie po otwarciu to rejestracja pielgrzymów, czyli wstawienie pieczątki w credencial, spisanie danych z dowodu, wzięcie kasy i pokazanie łóżka. Potem odpowiadanie na ich ewentualne pytania lub sprzedawanie wina/wody z lodówki (butelka wina 3 euro, wody 1 euro, co jest bez sensu, bo w kranie jest pitna).

I jak to na Camino, znowu mnie pochłania życie towarzyskie i poznawanie ludzi. Wszystko jest nowe i ciekawe. W czasie jak pisałam ten wpis, to przyjechała jeszcze Naomi z UK, do pomocy w koreańskiej restauracji, też z workawaya.