Fiesta jest już ze mną!!! W końcu koordynatorka wolontariatu ogarnęła się i pozamieniała wolontariuszy tak, że finalnie do naszego mieszkania przyjedzie chłopak z Turcji, który czeka na wizę, więc spytała go mailowo czy zgadza się mieszkać z psem. Na jego szczęście się zgodził, w weekend więc znów odwiedziłam Sierra Nevada.

To było jak powrót do domu i odwiedzenie rodziny. Oczywiście nie zabrakło też fiesty z Antoniem do 5 rano czy wyjechania z nim w góry. Nigdy nie byłam osobą, którą ciągnęło do gór, zawsze jakoś bliżej mi było do morza, ale Sierra jest inna. Po mnie mieli też wolontariuszkę z Francji i cała rodzina zgodnie stwierdziła, że „no miła, sympatyczna, ale to nie Monika”. A na górze jest zdjęcie nie labradorów, ale mastifów, które poznałam u znajomych na Sierra. Mieli 13 takich szkrabów.

La Alpujarra i Antonio, liczący swoje krowy na horyzoncie

La Alpujarra i Antonio, liczący swoje krowy na horyzoncie

Po powrocie do Murcji czekały na nas baloniki na drzwiach wejściowych i napis zrobiony przez Dianę „Welcome home Fiesta”. Niestety stan zdrowotny Fiesty jest kiepski, głównie chodzi o skórę. Spodziewałam się, że będzie miała pchły, bo tam na wsi wszystkie psy są zapchlone, a ona do tego zgubiła swoją obrożę przeciwpchelną. Od razu przyjechałam z nową. Tak więc pchły. Ale wokół niej zaczęły pojawiać się też jakieś dziwne szare robaki, których wcześniej nie widziałam. Jak się je zgniotło, to były pełne krwi. Googlowanie nic nie dało. W końcu dotarło do mnie, że to odrobinę napite kleszcze. Do tej pory widziałam kleszcze, które albo były w ogóle nie napite, albo napite tak, że było wiadomo, że to kleszcz. No i przede wszystkim były w skórze. A te tutaj zaczęły uciekać i w większości umierać, zapewne przez działanie obroży. Ja rozumiem, że można złapać dwa, nawet trzy kleszcze. Od Fiesty odpadło około stu. Jak tylko gdzieś się położyła, to wokół niej leżało kilka kolejnych, na jej posłaniu dziesiątki. W życiu czegoś takiego nie widziałam. Do tego jeszcze uświadomiłam sobie, że tam dają psom jedzenie na ziemi, bez żadnych misek, więc istnieje prawdopodobieństwo pasożytów wewnętrznych. Miałam przy sobie tabletki na odrobaczanie, jeszcze od Ann z Campillos. Nie myliłam się, w kupie też robaki. Do tego ma fatalny stan skóry, wszędzie jakieś strupy, matowa sierść, na uszach niewielkie dwa wyłysiałe placki, ponoć wcześniej były z krwią – chyba od drapania. Zaraz po przyjeździe bardzo dużo spała, nie wiem czy to kwestia robaków czy po prostu zmęczenia po życiu na wsi – teraz może w spokoju się wyspać, nie musząc czuwać na dworze. Jest już dużo lepiej, chce się bawić, widać, że odżywa. Właśnie się poryczałam pisząc to wszystko – w podsumowaniu wygląda to bardzo źle. Na szczęście jesteśmy już razem, obawiam się, że miesiąc dłużej na wsi i pasożyty by ją zjadły albo sama by się zadrapała na śmierć.

A poza tym, to nadal mam intensywne życie imprezowo-towarzyskie. Obecnie jestem ja i Diana w jednym mieszkaniu (chłopak z Turcji ma dołączyć jakoś pod koniec miesiąca), w drugim Annikki z Estonii, Georgia z Grecji i Marillisa z Włoch, w trzecim Fabiola z Włoch i w ten weekend dołączyła do niej Marijana z Macedonii i Anna z Ukrainy. Poza Dianą najbardziej lubię Georgię i Fabiolę, może dlatego, że są najstarsze i jakoś najbliżej nam do siebie. Muszę przyznać, że obiektywnie rzecz biorąc jesteśmy bardzo atrakcyjną grupą i jak tylko gdzieś wychodzimy, to bardzo zwracamy na siebie uwagę.

A z Dianą uczę się żyć, tak trochę wracając do przeszłości, kiedy to kilka lat temu ciągle żyłam ze współlokatorami (aż poczułam się tym zmęczona i postanowiłam sama wynajmować mieszkanie). Jest to pewne wyzwanie, bo Diana jest raczej typem bałaganiary, co zmywa jak musi, zapomina zamykać drzwi od lodówki, gasić światło, raz zostawiła otwarte na oścież drzwi wejściowe. Dwa razy zostawiła klucz w drzwiach od zewnątrz. Wczoraj zatrzasnęła się na balkonie, który da się otworzyć tylko z środka, a była sama w domu. Ukradli jej rower, kupiła nowy, dwa dni później przebiła w nim oponę. Zgubiła klucze do mieszkania, na szczęście następnego dnia je znalazła w kawiarni. Prosiła mnie o wysłanie jej zdjęcia mapy zawieszonej w naszej kuchni, bo nie mogła trafić do centrum, a nie ogarnia google maps (my w zasadzie mieszkamy w centrum). Mogę tak wymieniać i wymieniać, a mieszkamy razem dopiero miesiąc.

Za to w pracy panuje znacznie mniejszy chaos. Mamy jednego chłopaka, który wymyśla wszystkim przezwiska. Na przykład on jest Mosca, czyli Mucha. Pewnego dnia i ja dostałam swoje przezwisko. Jestem Lulu. Wygooglowałam to sobie i okazuje się, że po hiszpańsku to ten uroczy piesek:

Lulu hiszpański pies

Cuuudne!! Stałam się więc częścią gangu. Miałam też rozmowę z Victorem i Pablo, szefem całego miejsca, o organizacji pracy, o tym czy dobrze się tu czuję. Chyba tylko w Hiszpanii pytają podczas wolontariatu czy poza godzinami pracy dobrze się bawię, dogaduję z innymi wolontariuszami i czy mam wystarczającą ilość imprez i do których klubów chodzę, bo może mi mogą coś polecić. Do tego cała rozmowa, jak wszystkie tam, była po hiszpańsku.

Miałam już dwie lekcje hiszpańskiego. W grupie jestem z wcześniej wspomnianą Marijaną z Macedonii i z mega denerwującą Luną z Włoch. Luna jest z projektu niepowiązanego z nami i jest bardzo zalewająca, co chwilę mówi „a bo po włosku to jest tak samo/podobnie/inaczej”. Nic mnie nie obchodzi jak jest po włosku. Moja frustracja może też wynikać z tego, że jestem najgorsza z naszej trójki, ale tak to jest jak się jest samoukiem i ma się wiedzę z otoczenia. Nie umiem więc mówić gramatycznie poprawnie, dużo więcej rozumiem niż potrafię powiedzieć, nie umiem wypowiadać się w jakimkolwiek czasie przeszłym, a dopiero wczoraj w miarę opanowałam czas przyszły (dziś się nauczę tego cholernego przeszłego, choćby nie wiem co).

A z ciekawostek językowych, to Hiszpanie wypowiadają wszystko tak, jak się pisze, mam tu na myśli nazwy angielskojęzyczne. I tak mamy:

  • wifi – łifi
  • gps – hepeese
  • U2 – u-dos
  • HBO – aczebeo

I na koniec – dołączyłam do akademickiego chóru!!!! Była to prześwietna decyzja, szczególnie, że nie trzeba w zasadzie umieć śpiewać, bo jest tam tyle osób, że słychać chór, a nie indywidualne osoby. Choć indywidualnie też musiałam zaśpiewać, żeby sprawdzić jaki mam typ głosu. Musiałam wyjść na scenę i zaśpiewać z pianinem parę razy „mio mio mio miii”, cała się trzęsłam ze strachu. Na szczęście nikt tego nie słuchał poza gościem, który prowadzi chór, cała reszta ludzi była zajęta rozmowami między sobą i tylko jak nagle ktoś się bardzo pozytywnie wyróżniał głosem, to wszyscy milki i zaczynali bić brawo. To nie byłam ja. Mam kontralt i ogromną radość ze śpiewania. Spodziewałam się, że będą niemal same piosenki po hiszpańsku, a okazuje się, że mamy piosenki filmowe i z 15 tylko jedna jest po hiszpańsku. Tutaj próbka tego, co się dzieje na chórze