Jakiś czas temu zgłosiłam się na inny rodzaj wolontariatu – erasmus plus, finansowany przez UE. Gwarantowane jest zakwaterowanie, wyżywienie, zwrot kosztów dojazdu, nauka hiszpańskiego i do tego jeszcze kieszonkowe. 11 miesięcy w Murcji, w stowarzyszeniu dla osób z autyzmem i aspergerem, czyli dla mnie także rozwój zawodowy. I dostałam się. I to ta przyjemna część. Napisałam maila, że mam psa i czy jest możliwość dołączenia wraz z nią. I tu wchodzi nieprzyjemna część. Oczywiście jak to w Hiszpanii, właściciel mieszkania nie akceptuje zwierząt. Dziewczyna zajmująca się wolontariuszami szukała innego rozwiązania, ale najwidoczniej nic nie da się zrobić, bo teraz stoję przed odpowiedzeniem na jej maila z pytaniem czy mogę dołączyć, jeśli psy nie są akceptowane. No nie, nie mogę. Nie zostawię swojego psa nigdzie na 11 miesięcy, to przecież ogrom czasu. Ale boli to przeogromnie. Szczególnie, że to dla mnie ostatnia szansa – projekty z erasmus plus są zazwyczaj do 30 roku życia.

Nie wiem co dalej robić. Trochę chce mi się płakać, trochę powinnam szukać innych opcji, trochę nie wiem czego chcę. A z drugiej strony tu, na Sierra Nevada, mi tak dobrze i dni tak szybko mijają, że bardzo ciężko będzie stąd wyjeżdżać.

Eduardo (ojciec Antonia) zaczął mnie przedstawiać jako swoją córkę z Polski. Dzieciaki Clary i Antonia do mnie lgną, Anamarisa mnie czesze i dla żartu nazywa „mamą”, kiedy ja robię im kanapki. Z Loreną gram w grę przywiezioną z Polski. I nigdy jej nie rozumiem, mówi niesamowicie szybko i z jakimś nastoletnim dialektem. Z Carmen (matką Antonia) pojechałam raz do lekarza, a potem na cmentarz. Płacząc dziękowała mi, że ją tu zabrałam, bo mogła odwiedzić matkę, a Eduardo nie chce tu przyjeżdzać. Z Antoniem… mało pracy, a dużo picia w barach. Zaczęłam się śmiać, że moja praca polega na byciu jego gejszą – towarzyszę mu w spotkaniach w barach, raz nawet mu obierałam krewetki.

A w barach siedzą głównie faceci. Kultura macho nakazuje kobietom poniekąd usługiwanie i skakanie wokół facetów, którzy siedzą i piją piwo. Przy posiłkach mężczyźni nie robią nic, potem nawet palcem nie kiwną, żeby pomóc sprzątać. Niesamowite to jest. Nie wiem czy znów jest to kwestia życia na wsi, czy w dużych miastach jest podobnie.

I jeszcze jedno spostrzeżenie z barów – ludzie nie siedzą z komórkami, co chwilę je sprawdzając. Wiecie co robią? Rozmawiają!

Poza tym uczestniczę w tak wielu feriach, że już się gubię, co było na której. Poszczególne miasteczka mają swoje tygodniowe (!) ferie w różnych terminach, jedno po drugim. Polega to na tym, że każdego dnia w miasteczku, w którym akurat odbywa się feria, jest na przykład koncert, teatr, pokaz flamenco, impreza na basenie i mnóstwo innych.

Eduardo na którejś z ferii z końmi. Kiedyś był słynnym kowbojem na Sierra, każdy go nadal zna. Teraz ma problemy z płucami (pali jak smok) i rzadko go można zobaczyć na koniu.

Byliśmy też na kilku imprezach z końmi. To jest niesamowite, bo cała rodzina potrafi jeździć konno, nawet 3-letni Diego jedzie na koniu sam, bez asekuracji. Poza mną, więc widać, że jestem adoptowana. A najlepsza konna impreza do tej pory do Feria de Caballos w Maladze – mieliśmy hiszpańskie stroje – ja akurat kieckę do flamenco, w której wyglądałam jak cukierek, ale reszta prezentowała się świetnie. Na obrzeżach Malagi zostało stworzona na tę okazję jakby wioska, składająca się z dziesiątek barów z najróżniejszą muzyką. Impreza polegała na tym, że jeździliśmy w kółko wozem ciągniętym przez muły, zatrzymywaliśmy się i piliśmy, a turyści robili nam zdjęcia. Inni jeździli po prostu konno, jeśli nie mieli wozu.

Lorena, ja i Clara, czyli hiszpańsko-polsko-francuska mieszkanka

Innym razem byłam na pokazie flamenco, gdzie tańczyła powyginana dziewczyna. Jak taniec mnie nigdy nie ruszał, tak to było całkiem ładne i ciekawe. A nieoczekiwanie później zaczęł się teatr improwizowany, co było dla mnie interesujące, ale i trochę smutne – niewiele rozumiałam i zaczęłam tęsknić za naszym warszawskim teatrem impro Klancyk.

I jeszcze na koniec kilka ciekawostek:

– kupiłam sobie ukulele. Jestem w nim zakochana. Powoli zaczyna mi wychodzić „Riptide” Vance Joy, więc mam w życiu jakieś sukcesy!

Czy nie jest boskie? Kot przypadkiem się władował w kadr

– jedzenie koniny jest tu legalne, o dziwo dzięki temu dowiedziałam się, że w Polsce również. Ej ludzie, serio? Przecież to tak jakby zjeść psa.
– dwa dni gorączkowałam – nie jest fajnie kiedy na dworze, jest 36 stopni, temperatura twojego ciała jest jeszcze wyższa, a mimo to jest ci zimno. Po tych dwóch dniach Antonio zabrał mnie do baru, w którym siedzieliśmy do 5tej rano i choroba minęła jak ręką odjął.
– zabieranie kurze jajek też nie jest fajne. Ona jest tak zdesperowana, że chce te jajko zadziobać, żeby mi go tylko nie oddać. Raz mnie też dziobnęła. To za każdym razem walka o jajko. I kury są dziwne, bo jedzą w zasadzie wszystko, włącznie z mięsem.
– raz jechaliśmy samochodem i Anamarisa chciała słuchać Enrique, a Diego Shakiry, w końcu Diego zaczął płakaći krzyczeć „Shakiraaa, Shakiraaaa” , a ja się strasznie z Clarą śmiałam, że jej dzieci mają nienajlepszy gust muzyczny.

Ach, a Antonio i Clara mieli już dawno wyjechać do Francji. Nadal nie wyjechali. Odwlekali to jak tylko się da, bo dużo tych fiest teraz i było im szkoda wyjeżdżać, a do tego we Francji pada. Clara chciała tam spotkać swoje siostry. Finał jest taki, że jedna z nich przyjechała tutaj i prawdopodobnie za tydzień pojadą do Francji razem z nią. Chociaż przestałam wierzyć, że kiedykolwiek wyjadą.