A co jeśli przesilenie zimowe nie jest związane tak bardzo z pogodą? W Polsce na jesieni wracałam z pracy i szłam do łóżka, mogłam to tłumaczyć depresją jesienną. Teraz mam dość podobnie, tyle, że w Hiszpanii, każdego dnia jestem mega zmęczona. I jest ziiiimno. W sensie mamy koło 25° za dnia, ale w nocy już poniżej 10°. I byłoby to super jak na listopad, gdyby nie to, że mieszkania tu są zupełnie nieprzygotowane do zimna – nie ma ogrzewania. Śpię pod dwoma kołdrami i z psem, zwinięta w kłębek.

Ale wbrew jesieni jest już lepiej, chyba mój kaka period odchodzi w niepamięć (o ile to było to, może to był tylko przedsmak). Mam momenty i miejsca, w których Murcja mi się podoba. To trochę jak z Warszawą, ogółem nie jest jakoś super pięknie, ale Warszawa ma wspaniałe miejsca. Lecząc swój kaka period uznałam, że lepiej go przeżywać na plaży. Wzięłam psa, kserówki z hiszpańskiego, ukulele. Trochę grałam, śpiewałam, trochę się uczyłam (powoli opanowuję czas przeszły), a Fiesta wchodziła do wody. Choć głównie szukała jedzenia w piasku. Innym razem pojechałyśmy w góry. Oczywiście zatęskniłam za Sierrą, ale i tak było pięknie. Nad morze mam około 40 minut samochodem, a w góry tylko 15. W trakcie tygodnia i wieczorami w weekendy jest tak intensywnie, że potrzebuję czasu z samą sobą i psem, więc na tego typu wycieczki najczęściej wyjeżdżam sama.

Helloween było dość szalone, w końcu przebrałam się za Samarę z „The Ring”. Nawet sama uszyłam sukienkę z prześcieradła, którą wytaplałam w ziemi, bo przecież wyszłam ze studni. Mieliśmy krótki czas w pracy, gdzie byliśmy przebrani, zastanawiałam się, czy nie przesadzam, bo wyglądałam naprawdę strasznie. Ale nie byłam jedyna ze skłonnością do przesady – ozdoby, które zrobili pracownicy, były przerażające. Poza standardowymi duszkami, pajączkami czy dyniami, można było spotkać klauna z „It” czy nagrobki z autentycznymi zdjęciami zmarłych z chyba XIX wieku, które można znaleźć w internecie. Potem przebrali naszych podopiecznych z autyzmem – też za klauny, zombie czy inne straszne stwory.

Również przebrana, poszłam na próbę chóru. Pod koniec prowadzący poprosił wszystkich przebranych (a było nas 19 na jakieś 50 osób), by weszli na scenę. Świetnie – pomyślałam – nie mówię po hiszpańsku, nie będę miała pojęcia co ode mnie chce. Na szczęście nie było to bardzo skomplikowane, połączyliśmy się w pary damsko-męskie i śpiewaliśmy piosenkę z „Dirty Dancing” patrząc sobie głęboko w oczy i starając się zachować powagę. Jako Samara, patrzyłam w oczy diabła, mego partnera. A reszta ludzi robiła choreografię, falując rękoma niczym drzewa.

Po chórze spotkaliśmy się z resztą wolontariuszy na tradycyjnym „biforze” w jednym z mieszkań, a potem poszliśmy do klubu. Bardzo odnalazłam się w swej przebranej roli – jak nie podobała mi się piosenka, to stałam nieruchomo z włosami na twarzy, a jak mi się podobała, to zaczynałam tańczyć. Normalnie jak mi się nie podoba muzyka, to idę pić, więc będąc Samarą, wyszło to zdecydowanie bardziej ekonomicznie.

A już od imprez odbiegając, to jak wspominałam jakiś czas temu, czasami w pracy wspieram też inną grupę, ze znacznie większymi trudnościami. Głównie jak jadą na zakupy do Mercadony i podczas zajęć sportowych. Wyprawa do Mercadony do zawsze przygoda – Susa, jedna z podopiecznych, raz uciekła do działu ze słodyczami i chciała się rzucić tam na wszystko, innym razem wgryzła się przez folię w mortadelę, którą miała tylko trzymać. Ostatnio Ruben miał tam atak epilepsji, co było dość przerażające. Ruben ma ataki kilka razy dziennie, podczas których upada i traci przytomność, w związku z czym opiekunowie chodzą z nim na czymś w rodzaju szelek, za które go zawsze trzymają (co wymaga trochę siły, Ruben ma około 1,90 m wzrostu). Chodzi w kasku, nie mówi, ślini się. Ma coś w rodzaju rozrusznika – jak traci przytomność to na ręku ma specjalną opaskę, którą trzeba „przejechać” mu po sercu – wtedy wraca do żywych. Jak jedziemy samochodem, to moim zadaniem jest siedzenie obok niego i jeśli odleci, to użycie tej opaski, co się na szczęście jeszcze nigdy nie stało, więc za każdym razem jak wysiadam z samochodu to czuję ulgę.

A na zajęciach sportowych, najczęściej towarzyszę Susie, która jak nie chce czegoś robić, to siada na ziemi i ma wywalone. Jest dwa razy grubsza i silniejsza ode mnie. Przez pierwsze tygodnie moje prośby, podniesiony głos, nie zdawały się na nic – zawsze ktoś inny z opiekunów musiał interweniować, krzyknąć na Susę, która wtedy wstawała, by dwie minuty później znów usiąść. Ale na ostatnich zajęciach stał się cud – Susa zaczęła reagować na moje polecenia!! Oczywiście, że siadała na ziemi, bo ma podobne podejście do sportu jak ja (do słodyczy z resztą też), z czego wszyscy się śmieją, kiedy z udawanym zapałem mówię „taaak, a teraz mamy sport, hurrraa”, ale po paru sekundach moich próśb, zaczęła wstawać.

Susa też nie mówi, ale większość podopiecznych używa podstaw migowego, co jest super, bo jak Susa chce jeść, to nagle zaczyna się świetnie komunikować w migowym. Na początku sądziłam, że taka praca, z tak głębokimi trudnościami, jest zupełnie nie dla mnie, ale teraz powoli zaczyna mnie to coraz bardziej interesować, szczególnie jak mam swoje momenty satysfakcji czy łapania kontaktu z podopiecznymi.

No i z antysukcesów jeszcze – to utopiłam swój ukochany telefon. Myślę, że powinnam dostać nowy zupełnie za darmo, bo do posiadania telefonu Xiaomi, skłoniłam już co najmniej cztery osoby. A historia jest taka, że bardzo chciało mi się siku i jak zdjęłam spodnie, to usłyszałam głośne „chlup” – telefon wypadł z tylnej kieszeni wprost do sedesu. Po dobie w misce z ryżem włącza się, ale nie działa dotyk w wyświetlaczu i bateria chyba też siada jakoś szybko. Będę próbować go ratować w zależności od ceny, tymczasem korzystam z mojego starego telefonu, który też mam ochotę utopić, taki jest świetny.