Jestem już w Galicji! Nieprawdopodobne jest to, jak to wszystko się szybko dzieje.

Po moim kryzysie z nogami było już tylko lepiej. Opaska na ścięgno rzeczywiście pomogła. Dziś miałam pierwszy dzień, który przeszłam bez jakiegokolwiek bólu, nawet pocąc się mniej.Muszę wspomnieć o polskim przewodniku, który stał się już trochę takim naszym żartem. Otóż generalnie największy nacisk kładzie na cierpienie, modlitwę i na to, że droga jest niełatwa. We wszystkich innych zagranicznych przewodnikach, z którymi się spotkałam, wszystko wygląda dużo bardziej optymistycznie. Wiedziałam więc, że za León mam się wspiąc na niewyobrażalnie wysoką górę, której wierzchołek oznaczony był na czerwono. No jak Himalaje. W rzeczywistości naprawdę nie było źle (a obawiałam się tego ze trzy dni). Nocowaliśmy w malowniczej górskiej wiosce Foncebadón. Następnego ranka było 4°C, ale jakieś takie inne, bo w samej bluzie było mi akurat. 

Oglądaliśmyśmy przepiękny wschód słońca, by po paru kilometrach dotrzeć do Żelaznego Krzyża (Cruz de Ferro), gdzie zgodnie ze zwyczajem już Celtowie i Rzymianie składali w tym miejscu kamienie. Dla pielgrzymów było to symboliczne odrzucenie grzechu, a kamień nieśli już od samego domu. Ja swój znalazłam z trzy dni wcześniej i wiązał się z odrzuceniem przykrych wspomnień, nazwałam go nawet pewnym imieniem.

W trakcie kolejnych, kolejnych kilometrów, pewnego dnia, 75-letni Hiszpan zaprosił naszą trójkę do swojego garażu na pędzone samodzielnie wino. Nawet udało nam się trochę rozmawiać. Elisa jest w tym niesamowita, usłyszy coś raz, pamięta i potrafi powtórzyć. To był bardzo miły gest, te zaproszenie na wino, jednak miałam później dość mieszane uczucia, dlatego, że co wstaliśmy – a to obejrzeć zdjęcia na ścianach, a to pogłaskać psa, to Hiszpan przyjacielsko mnie poklepywał po ramieniu, przedłużając to poklepywanie. Tylko mnie. Jeśli Paul lub Elisa go o coś zapytali, to odpowiedź kierował do mnie, patrząc tylko na mnie. Śmialiśmy się później, że wyglądam na tyle hiszpańsko z moją aktualną opalenizną, że mogłam mu się spodobać.

Od dwóch dni idziemy trochę oddzielnie, spotykając się w przerwach w barach i popołudniami już w albergue. Mam wrażenie, że ja to zaproponowałam, z moim umiłowaniem do chodzenia samemu. Zdecydowanie tak wolę, mogę wtedy dostrzegać szczegóły, widzieć więcej, no i przede wszystkim myśleć. Dużo przestrzeni na myślenie dało mi Camino, teraz jestem bardziej na etapie domykania. Szczególnie, że już czuć, że jesteśmy taaak blisko. 140 km. Wczoraj nawet kupiłam bilet na samolot z Santiago do Barcelony.

A dziś dotarliśmy do Galicji, ostatniego mijanego regionu. A, i zjadłam kawałek ośmiornicy. Bez tych obleśnych narośli. Smakuje jak ryba i nie ma tak ohydnej struktury jak krewetka.