Mój kilkumiesięczny koszmar jeżdżenia samochodem bez przeglądu w końcu się skończył! Dostałam numer NIE, konieczny do rejestracji samochodu. Choć oczywiście nie było łatwo, policjant  w biurze dla cudzoziemców nie wiedział co to ten Erasmus + i jak to zarejestrować, odesłał mnie więc do innego wydziału, gdzie go skrzyczeli, że nie może tak robić, aż w końcu machnął na wszystko ręką, stwierdził, że mu to obojętne i wydał mi potrzebny dokument. Do którego uzyskania potrzebowałam dziesięciu innych, więc naprawdę było zabawy z tym wszystkim.

Z numerem NIE, mogłam już zacząć rozglądać się za nowym samochodem, co z resztą robiłam od dłuższego czasu. W telegraficznym skrócie, bo staram się ten post napisać od miesiąca (serio, zaczęłam 9. czerwca). Kupiłam kolejnego, przepięknego Peugeota 206. Z mniejszą ilością kilometrów i lat. Moja radość nie trwała długo, bo okazało się, że po niecałym tygodniu przestała działać klimatyzacja, a silnik zaczął szarpać. Samochód wrócił więc do sprzedawcy, żeby go ogarnął. A na ten czas dał mi… Audi A3 w automacie. Piękne to były chwile. Milczenie ze sprzedawcą, bo uznałam, że co tam będę dopytywać o Peugeota, skoro mam Audi. Ale po trzech tygodniach (!) z ciekawości zapytałam. Odebrałam samochód z działającą klimatyzacją. Lecz moja radość znów nie trwała długo, bo oto okazało się, że silnik się zagrzewa. Odkryłam to jadąc do Andaluzji (a po co tam pojechałam, o tym za chwilę), kiedy samochód krwiście czerwono zaczął krzyczeć „STOP”. Byłam z Marijaną i przypadkiem udało nam się zatrzymać (w zasadzie to po 30 sekundach łapania samochodów) Anglika (!) z Hiszpanem, żeby zapytać czy mają może płyn do chłodnicy. Nie mieli, za to Anglik miał wiedzę. Pojechali do najbliższego możliwego miejsca i wrócili z wodą, którą jak się okazuje, też można wlać do chłodnicy. Po tych przygodach Peugeot znów wrócił na chwilę do warsztatu. Okazało się, że może to być uszczelka głowicy, co jest w ogóle jakąś motoryzacyjną legendą, wszyscy mówią, że jest z tym mnóstwo drogiej zabawy. Do tego muszę dodać, że sprzedawca niby jest miły, ale traktuje mnie jak dziewczynkę co to w samochodzie widzi tylko kolor i nie ma pojęcia o niczym więcej (kolor też widzę!). Obecnie sytuacja wygląda tak, że do gry wszedł Carmona ode mnie z pracy, który już nie może na to patrzeć. I nagle rozmowa się zmieniła, jesteśmy w trakcie negocjacji albo o oddaniu pieniędzy (ale sprzedawca tego nie chce), albo o nowym samochodzie (co dla mnie jest średnie, bo nie będzie to peugeot, a jeszcze do tego chce, bym dopłaciła, a ja się nie zgadzam).

No dobrze, to tyle o samochodzie. Poza tym spokojnie i powoli zmierzam ku końcowi życia w Murcji. Co tydzień przeważnie imprezy, w weekendy wyjazdy w okoliczne miejsca. Mój wolontariat też się bardzo zmienił, a w zasadzie organizacja czasu w mojej organizacji, bo jak się okazuje, lipiec to już czas tylko wycieczek, oglądania filmów, pływanie w basenach, no i dla mej grupy niestety dwa razy w tygodniu praca w polu, ale już dużo lżejsza – zbieranie warzyw czy pozbywanie się chwastów. Pod koniec czerwca mieliśmy też 3-dniową wycieczkę do Benidorm – dużo jedzenia i pływania. Trochę mi się już przykrzy moja grupa, szczególnie jak niemal całkowicie rozumiem, o czym mówią. I okazuje się, że wiecznie mają te same problemy i mówią te same rzeczy, nigdy nie słuchając innych, co jest dość męczące. Bardziej doceniam, gdy wspieram inne grupy, zawsze to jakieś urozmaicenie. Za to pracowników mojej organizacji uwielbiam – jeszcze w maju zrobiłam dla sporej części imprezę z polskim jedzeniem (odkryłam sklep z polskimi produktami jakieś 60 km od Murcji) i oczywiście polską wódką. Do tej pory ta noc jest wspominana. Nie wiem czy to raczej przez sąsiada, który nam groził i czekał na nas pod domem, czy bardziej przez to, że osoby pijące niewiele pamiętają z tej nocy.

Z fajnych imprez to razem z moją grupą zorganizowaliśmy też wieczór, a w zasadzie dzień kawalerski, mojego koordynatora, który potem się ożenił z dziewczyną, z którą siedzą biurko w biurko. Został przebrany za kleszcza (które się stały trochę symbolem mej organizacji, bo jak pracujemy w polu, to jest ich tam mnóstwo. Na szczęście są dużo większe niż w Polsce i bardzo łatwo je wypatrzeć), musiał wypełnić kilka zadań w centrum Murcji (śpiewać, tańczyć i pytać o rady małżeńskie), później pojechaliśmy na takiego pływającego banana po morzu, co wszyscy wiedzą co to, a potem do restauracji na obiad. W ostatnim czasie zdałam sobie sprawę, że nie lubię jak moja głowa wpada pod wodę w sposób niekontrolowany, a na tym bananie, to chodzi o to, żeby się na nim grupowo utrzymać, bo jak nie, to się wpada. A jak się wpada, to wszystko dzieje się w sposób niekontrolowany i bardzo szybko, i tak za drugim wpadnięciem oberwałam w czoło czyjąś częścią czyjegoś ciała tak, że najpierw miałam guza, a potem spuchnięte oko przez trzy dni.

Z mniej fajnych imprez, to z tej samej okazji mieliśmy imprezę dla pracowników. Przebieraną, postacie z filmów i seriali. Z miesiąc myślałam nad strojem, cztery razy zmieniając pomysły. Trzy dni przed imprezą wymyśliłam, że będę Jasmine z Alladyna i sama uszyłam strój, pożyczając nawet maszynę do szycia. Najpierw musiałam więc poświęcić dwie godziny, by się nauczyć szyć na maszynie, a i tak co chwilę wszystko się plątało, więc przeszłam na tryb ręczny. A czemu impreza mniej fajna? Najpierw był catering. Nie mogłam się za bardzo odnaleźć, przy głośnej muzyce przestałam rozumieć ludzi. Nie mogłam za bardzo pić, bo przyjechałam moim, jeszcze wtedy, Audi. Wiedziałam jednak, że potem wychodzimy w miasto, wiązałam więc z tym duże nadzieje – że będzie fajnie, bo przebrani i w ogóle. W praktyce wyszło tak, że do wyjścia w miasto została może 1/4 osób. Mieliśmy zaparkować samochody, a potem spotkać się w Revolverze, moim ulubionym klubie. Dotarłam na miejsce, a tam nikt kogo bym znała. Tylko ja, i mój latający dywan. I cała reszta normalnie wyglądających osób. Na szczęście miałam na sobie sweter, a nie tylko kusą bluzkę Jasmine. Ale dywan też miałam. Posiedziałam z 25 minut, pisząc do dwóch osób, nikt się nie zjawił, nikt mi nie odpisał, więc zabrałam dywan i poszłam. Niby mogłam dzwonić, szukać, ale jakoś nie miałam chęci. Oczywiście okazało się, że zmienili miejsce i nie dali mi znać… Teraz czasem mówię, jak nie rozumiem, o czym mówią „znowu się czuję jak z dywanem w Revolverze”.

W międzyczasie byłam też na hippie plaży w Andaluzji, gdzie żyją ludzie w domach przez siebie skonstruowanych. Byłam tam z Fabiolą, Marilisą i Fiestą, śpiąc w moim 2-osobowym namiocie. Poznałyśmy Polaka, który tam żyje od bodajże 6 lat, rankiem sprzedaje ludziom herbatę i kawę, a potem robi panele słoneczne.

Kolejny raz byłam w Andaluzji, by… obejrzeć swój dom, który tam wynajmę. Otóż w międzyczasie, zupełnie niechcący (dzięki Asia!), dostałam pracę w szkole tańca, która sprzedaje kursy online. Robię rzeczy związane ze stroną, obsługę klienta i wszystko co się da, jak na razie na próbę. Wcześniej przecież też miałam plan, żeby zostać przewodniczką w Maladze i mieszkać sobie gdzieś na wsi w okolicy. Przeglądałam więc ogłoszenia o domach do wynajęcia, w prowincji Malaga nie udało mi się nic znaleźć, za to w prowincji Almeria tak. I tak oto będę mieć cortijo z widokiem na Sierra Nevada, trzy pokoje z kuchnią, salonem, kominkiem i ogrodem, godzinę do Granady, 50 minut do morza i 20 w góry. Za cenę 20 metrowej kawalerki w Warszawie (też znalezionej na drodze szczęścia, bo normalnie kawalerki są droższe). Nie wiem co mi się stało z chęcią podróżowania, gdzieś się ukryła. Nadal jest, ale trochę nie chcę zmieniać znów miejsca co miesiąc. Nie szukam pracy, praca odnajduje mnie. I tak od sierpnia przeprowadzam się do Andaluzji, by żyć kilometr od białej wioski z liczbą mieszkańców na rok 2016: 2070.

PS. A w ogóle to zrobiło się już ciężkie lato i dziś było 40 stopni. W domu żyję tylko dzięki wiatrakowi, a jak temperatura spada do 20, to jest mi zimno. I już cztery razy spaliłam sobie twarz. A, i też raz popłynęłam na super wyspę, nazywa się Tabarca, i jest tam bardzo ładnie, wrzucam zdjęcia niżej.