Stało się – po czterech miesiącach życia w górskiej wsi nie wytrzymałam i znalazłam dom nad morzem. Siedzę w tej chwili na ławce przy plaży, jest około 20 stopni. Palmy, morze i niebieskie niebo.

A jak to się stało? Otóż bardzo prosto, w górach zrobiło się zimno. Na szczytach, które widziałam w oddali z mojego ogrodu, pojawił się śnieg. Przypominam, że tu w domach nie ma centralnego ogrzewania. A z kominkiem coś było zdecydowanie nie tak – mimo palenia w nim, było ciepło do 50 cm od kominka, a dalej super zimno, siedziałam w trzech swetrach, owinięta kołdrą, szybko kładąc się spać, żeby w końcu poczuć trochę ciepła. Jednocześnie jak sprawdzałam pogodę, to na wybrzeżu, 60 km dalej, było przeważnie 10 stopni więcej. Mogłabym przeżyć zimę tam, tylko pytanie po co?

Wieczory w Fiñanie

Znalazłam więc dom na wybrzeżu, z maleńkim ogródkiem, ale dom równie wielki (ja naprawdę nie potrzebuję trzech pokoi i salonu, jeden byłby ok), w miejscowości Carboneras, która brzmi jak jedzenie, więc nic co brzmi jak jedzenie nie może być złe.

Nie jest to jednak zbyt piękna historia, bo moje porzucenie domu w górach wiązało się z nienawiścią właścicielki, która liczyła, że będę tam cały rok i szantażowała mnie emocjonalnie swoją niepełnosprawną córką i jak ja mogę je tak zostawić. Najprawdopodobniej rzuciła na mnie jakąś klątwę, gdyż po kilku dniach w Carboneras zaczęłam mieć ogromny ból głowy i wysoką gorączkę. Ból minął, ale gorączka utrzymywała się cały tydzień, dając mi oczywiście przekonanie, że mam raka tudzież jakąś inną śmiertelną chorobę.

Potem wybrałam się z Fiestą do weterynarza, bo od pewnego czasu trochę kulała na łapę, którą od zawsze miała uszkodzoną – jeszcze przed schroniskiem wpadła pod samochód, przez co czasami kulała jak się zmęczyła, ale później przez wszystkie lata wszystko było w porządku. Jedna z trudniejszych wizyt w naszym życiu – weterynarz powiedział, że albo ma artretyzm, albo raka kości. Dostała głupiego jasia (już samo to było dla mnie straszne, bo nigdy jej nie widziałam nieprzytomnej, wiotkiej i sikającej pod siebie) i wymaz z kości, który wyeliminował raka, pozostał więc artretyzm. Przez okrągły tydzień chodziłyśmy na leczenie laserem, ma też leki. Miliony monet wydane, kuleje nadal, ale trochę mniej.

I tak o to błyskawicznie nastał czas świąt, jutro lecę do Polski. Znalazłam na facebooku rodzinkę, która zajmie się Fiestą i zamieszka w moim domu. Mam nadzieję, że będą się dobrze bawić i nie zdemolują mi psa. W ogóle nie mam ochoty lecieć, biorąc pod uwagę pogodę i to, że w tej chwili mam pełnię dnia, a w Polsce zaraz będzie ciemno.

Obecnie też jestem w momencie, gdzie mam duży mętlik w głowie, nie wiem co robić z sobą dalej. Wiem, że muszę pracować do końca czerwca, bo mam do wtedy dom – z doświadczenia już wiem, żeby nie zobowiązywać się na więcej czasu. Myślałam o powrocie do workawaya, to był znacznie ciekawszy czas w moim życiu. Niby chcę podróżować, ostatnio myślałam, żeby przenieść się do Włoch, bo powoli nudzi mi się Hiszpania. Ale z drugiej strony jest tu Pascal, o którym pisałam w poprzednim wpisie, nadal się spotykamy. Nie wyobrażam sobie na tę chwilę, że mogłabym jechać gdzieś dalej, jeśli on jest tutaj. Ale do czerwca się to pewnie sto razy zmieni, nie chcę więc, żeby on był wyznacznikiem czegokolwiek.

Drogi blogu, co robić, jak żyć?