Mam gówniany czas. Co z tego, że mieszkam w Hiszpanii, kiedy wszystko wydaje się mało atrakcyjne.

Zaczęło się od tego, że mieliśmy tygodniowy trening w nadmorskim miasteczku. Wraz z innymi wolontariuszami, łącznie 26 osób z regionu Murcja, Katalonia, Walencja i Andaluzja, pochodzącymi z 16 różnych krajów. Kompletnie nie cieszyłam się na ten wyjazd, szczególnie, że musiałam znaleźć opiekę dla Fiesty. Byłam przekonana, że moja mentorka (każdy wolontariusz w projekcie ma swojego mentora, czyli taką osobą „wspierającą”, z którą to się spotyka i rozmawia) może się nią zająć, bo też ma psa i dom z ogrodem, ale z różnych przyczyn okazało się, że nie może. Przebrnęłam więc przez poszukiwanie płatnych petsitterów, hoteli dla psów (ale bardzo nie chciałam jej zostawiać w klatce za kratami, bo to pies schroniskowy), myślałam znów o zostawieniu jej na Sierra Nevada, pytałam znajomych, chciałam ją wziąć ze sobą i zostawić na zewnątrz, ale okazało się, że to niemożliwe (od tej pory pałam nienawiścią do koordynatorki wyjazdu, która uznała, że jest to problem, że na zewnątrz byłby przywiązany pies. Gdzie tu jest problem?!). W końcu udało mi się zorganizować dwóch znajomych, jeden na dwa dni, drugi na trzy, ale tylko raz dziennie. Fiesta byłaby cały czas na naszym ogromnym, zacienionym tarasie. Uznałam, że trudno, powinna to przeżyć.

Tak więc z bólem serca pojechałam na trening, wcale się z niego nie ciesząc. Nie chciałam poznawać nowych ludzi, nie miałam ochoty na tanie rozmowy w stylu skąd jesteśmy i co robimy, każdego dnia poznawałam kogoś innego i nie miałam już siły na więcej. Ale okazało się, że wcale nie jest tak źle. W autobusie, którym wyruszyliśmy z Murcji, rzucił mi się w oczy tatuaż na ramieniu pewnego chłopaka. A to dlatego, że tatuaż był po polsku, a chłopak jest Grekiem. „Przyjaciele to rodzina, którą sobie sami wybieramy”. Było to niemal abstrakcyjne, widzieć na nim polskie słowa.

Sam trening był bardzo intensywny, mieliśmy zajęcia od rana do wieczora. Dotyczące naszych projektów, życia w nowym kraju, uczenia się, dogadywania się w myśl porozumienia bez przemocy. Nie nauczyłam się jakoś dużo, bo większość rzeczy wiedziałam już wcześniej, ale same ćwiczenia były atrakcyjne. Największą wartością jednak, wbrew mojemu nastawieniu, było poznanie nowych ludzi. Teraz mamy możliwość odwiedzania się wzajemnie, w różnych regionach południa Hiszpanii. W połowie projektu czeka mnie jeszcze jeden trening, tym razem z setką ludzi już z całego kraju.

Tak spędzaliśmy przerwy między poszczególnymi sesjami treningowymi

Ale też na tym samym projekcie dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak „kaka period”, czyli czas, przez który przechodzi ponoć każdy wolontariusz, kiedy to wszystko to, co było takie super na początku, przestaje być atrakcyjne. I chyba się to u mnie zaczyna. Czuję, że moje życie znowu zaczyna być zwyczajne. Co z tego, że jestem w Hiszpanii, skoro każdego dnia jadę do mojej organizacji tak samo jak do pracy, wyprowadzam psa trzy razy dziennie, sprzątam, a w weekendy chodzę na imprezy. Choć w ten weekend nawet tego nie robię, bo jak przystało na mój wiek, nie chcę mieć kaca. Do tego mieszkam w Murcji, która nie jest jakaś super. Miałam zimować w Maladze, którą pokochałam, a jestem w Murcji, która… jest. Frustruje mnie to, że nie znam języka, nie mogę więc swobodnie rozmawiać z ludźmi, bo przecież w tym kraju nikt nie zna angielskiego. Praca przestała mnie już tak cieszyć, bo nadal nie mogę się komunikować tak, jakbym chciała. Nie rozumiem żartów, nie rozumiem nic. Nawet mój chór mnie ostatnio zasmucił (to było zaledwie drugie spotkanie), bo wszyscy rozmawiają po hiszpańsku, każdy kogoś zna, a ja nie (Diana nie mogła ze mną iść). No i wreszcie – gdzie są przygody, gdzie jest zmienianie miejsca co miesiąc, poznawanie nowych hostów, tak jak było dotychczas? No nie ma, jest stabilnie. Uczę się grać na ukulele i hiszpańskiego, planujemy spotkać się by obejrzeć nowy odcinek „Stranger things”. Wygląda to jak zwykłe życie, tyle, że w Hiszpanii. Hmm, wciąż nie jest tak źle, biorąc pod uwagę to, że nadal chodzę na krótki rękaw, a jest prawie listopad.

Mamy też długo oczekiwanego, nowego współlokatora z Turcji. Niestety jest to najnudniejszy człowiek jakiego poznałam w tym roku. Ma 27 lat i był wcześniej w Walencji przez dwa lata na Erasmusie, mówi więc płynnie po hiszpańsku. Drugiego dnia po uzgodnieniu z nim postanowiłam zaprosić resztę wolontariuszek, by mógł je poznać. Przez całe spotkanie milczał. I tak jest każdego dnia. Nie zapytany nie mówi. A jak się go zapyta, to odpowiada jednym zdaniem, więc cały czas niczym 3-latka pytam „dlaczego?”. Jest miły, uśmiecha się, ale… nie mam żadnego zainteresowania by go bardziej poznać. Nie znał wcześniej Murcji, jest tutaj czwarty dzień, a nie ma w nim pragnienia poznania miasta, siedzi w domu i ogląda telewizję. Chyba też nie ma w nim zainteresowania co do innych wolontariuszy, nie ma pojęcia w jakich organizacjach realizujemy swój wolontariat. I bardzo odbiega ode mnie i Diany, które wstajemy rano i śpiewamy Britney Spears w kuchni.

Może jest to dla mnie lekcja nie rezygnowania, kiedy jest gorzej albo mniej atrakcyjnie.

PS. I do tego od wczoraj mam mega czerwone jedno oko, wyglądam jak Robocop. Chyba już mam przebranie na Helloween, które jest tu dużo bardziej obchodzone niż w Polsce. Choć chciałam być zombie, bo zombie są super.