Zakończyłam swój 11-miesięczny wolontariat. Bardzo optymalny czas, szczególnie, że wszyscy pracownicy też mieli cały sierpień wolne. Murcja nagle stała się opuszczona, wszelkie kawiarnie, sklepy są zamykane na wakacje, wszyscy wyjeżdżają nad morze do swoich domów na wybrzeżu. Cały czas się dziwię, jak to jest, że niby jest tu kryzys, brak pracy, a wszyscy mają przynajmniej dwa domy, a samochód to podstawa.

Naprawdę jest mi ogromnie wstyd za moją częstotliwość pisania, ale moje tempo życia też bardzo zwolniło.

Po wolontariacie przyleciałam na chwilę do Polski, bo w końcu Unia płaciła za mój bilet powrotny, więc wykorzystałam tę okazję na odwiedziny. Samolot spóźnił się 3 i pół godziny. Niby jest takie rozporządzenie, z resztą również unijne, że linia lotnicza powinna wtedy wypłacić odszkodowanie 400 euro. Nie bardzo w to wierzyłam, ale uznałam, że co mi szkodzi – napisałam wiadomość o odszkodowanie. Za niecały miesiąc moje konto bezproblemowo zasiliło się o 400 euro. Dzięki, Unia.

A po przylocie z powrotem do Hiszpanii nastał czas na przeprowadzkę. Samochód w końcu udało się naprawić, już się nie grzeje, wszystko pięknie działa. Tylko nadal jest opętany jakąś klątwą, bo już zdążyłam nim zawadzić przy parkowaniu (na trzeźwo!), mam trochę wgięty zderzak i rozbity mały fragment przy przednim świetle. A jak przy samochodach jestem – to parę dni temu wystawiłam ogłoszenie o sprzedaży mojego poprzedniego Peugeota. Dostałam trzy odpowiedzi. 1) mogę zamienić samochód na Chihuahua miniaturkę, 2) na zestaw do nurkowania, 3) pan chciał kupić części, np. drzwi czy jakieś fragmenty karoserii.

Od miesiąca żyję więc na wsi, porzuciłam szalone i intensywnie socjalne życie. Mój dom jest piękny, nigdy nie mieszkałam w czymś tak dużym tylko dla mnie. Do tego niesamowita okolica, góry prezentują się przepięknie. Teraz jest taki czas, że praktycznie codziennie słychać gdzieś burzę i z którejś strony nad górami widać ciemne chmury. Ach, no i jestem na Camino de Santiago! Niecały kilometr od mojego domu biegnie szlak Camino Mozarabe. Którym pewnie nikt nie chodzi, bo to strasznie daleko do Santiago, no ale szlak jest.

Pierwszy tydzień tutaj miałam z nastawieniem „ojej, będę robić wszystko, gotować, piec ciasta, uprawiać sporty i grać na ukulele”. Możemy wyobrazić sobie jak to wygląda w praktyce. Pracuję*, czasem gotuję, ale głównie makaron z pesto, bo najszybciej, spaceruję z psem i oglądam seriale. Moje życie towarzyskie zamknęło się do rozmów z właścicielką mojego domu, choć teraz rzadką ją widzę, bo w tygodniu mieszka w mieście. Chcąc nie chcąc zainstalowałam znów tindera i spotkałam się z dwoma mężczyznami. Z pierwszym z nich już nawet trzy razy, w tym za drugim razem 43 godziny bez przerwy. Jest z Holandii i razem z bratem buduje po drugiej strony gór bed & breakfast, marzenie jego mamy. Fajny jest.

* W końcu wyszło, że mam dwie prace zdalne. I jak ktoś mi jeszcze raz powie „o, to jak masz pracę zdalną to pewnie nic nie robisz”, to uduszę. Problem jest taki, że ciężko stworzyć granice między pracą, a nie pracą. Z obecną dostępnością internetową jestem tak naprawdę cały czas online, cały czas widzę maile czy wiadomości, z instruktorami tańca czy montażystą komunikuję się często wieczorami. Wszystko się rozlewa, przez co w rezultacie budzę się coraz później i pracuję do nocy. A do tego mam cały czas myśli, że przecież po to rzuciłam wcześniejszą pracę w Warszawie, żeby podróżować i właśnie nie pracować. A teraz pracuję i siedzę na wsi. Ładnie tu, ale czy taki miał być cel?

Co do życia na wsi jeszcze, to zjadają nas kleszcze. Nawet nie mnie, bo Fiesta jest dużo lepszym kąskiem. Ale z racji tego, że ma obrożę antykleszczową, to tylko trochę spijają jej krwi i odpadają. Przez co codziennie mam ich w domu pełno, takie trochę napite, ale żywe, niezdatne do szybszych ruchów. Ponoć w tym rejonie nie panują choroby odkleszczowe, tak mi powiedział mój sąsiad, który jest lekarzem. Jego pies, mimo spryskiwania go jakimś płynem, ma mnóstwo kleszczy i nic mu nie jest, więc statystyka mówi, że sąsiad ma rację. Pająki i mrówki już mnie nie ruszają, czasem odwiedzają nas jeszcze jacyś inni dziwni goście typu wielkie żuki.