Dwa dni temu chciałam zrezygnować z aktualnego workawaya i zamieszkać gdziekolwiek, w oczekiwaniu na kolejne miejsce, które mam od 21. lipca. Praca jest ciężka, sprzątanie kenneli obrzydliwe. Psy dostają najtańszą suchą karmę, która najwidoczniej nie wpływa na nie dobrze, kupy są rzadkie, śmierdzące i jest ich mnóstwo. Fiesta też może to jeść, ale planuję jej kupić coś lepszego, nie będę truć swojego psa.

Odebrałam głosy rozczarowania, że nie zgodziłam się na seks grupowy z Adrianem, więc dziś na pocieszenie o seksie psów. Pierwszy raz widziałam jak to wygląda. Bo Ann nie ogarnęła, że ma niewysterylizowaną sukę z cieczką i kilka niewykastrowanych psów i puściła sukę z jednym z nich, żeby się pobawiły. No to się pobawiły. Ej, obrzydliwe to jest. I one tak stoją połączone w trakcie i wyglądają obrzydliwie. A suka nadstawia się każdemu. Po tym doświadczeniu lubię już tylko wykastrowane psy.

Ale poza kupami i przypadkowym seksem, nie miałabym nic przeciwko pracy. To naturalne, że psy się załatwiają i po prostu trzeba po nich sprzątnąć, poza tym są kochane i inteligentne. Natomiast po sprzątnięciu kenneli wracam do tej swojej poczekalni do weterynarza, bez okien. I to też bym była w stanie przeżyć. Ale muszę też coś jeść. Kuchnia jest w części Ann – i tak jak wspominałam, tam jest po prostu syf. Wczoraj robiłam zawody z samą sobą w znalezieniu najstarszej rzeczy w lodówce. Wygrał rocznik 2007. Publikuję zdjęcia lodówkowe, żeby nie było, że przesadzam.

Miałam raz myśl, żeby usmażyć jajka, szybko jednak zrezygnowałam. Ann ma tam jednego psa, dwa dni temu dodała drugiego dla towarzystwa, psy załatwiają się na podłogę, wszystko śmierdzi. Dziś siedziała sobie przy komputerze na facebooku tuż obok wielkiej, śmierdzącej kupy.

Wierzę, że wszystko jest po coś. To doświadczenie też jest po coś, dzisiaj doznałam olśnienia po co. Po to, żebym w końcu nauczyła się mówić „nie”, wyrażać swoje zdanie i sprzeciwiać się sytuacji, a nie dostosowywać do każdej, odcinać emocjonalnie i tkwić w tym, nieważne w jakim gównie siedzę (w tym przypadku jest to gówno dosłowne). Nie będzie to łatwe, ta rozmowa jest przede mną – będę na siebie wściekła, jeśli nic nie powiem. Dodatkowy problem jest w tym, że Ann jest bardzo miła i zapewne tkwi w tym syfie od lat, nie zdając sobie sprawy, że coś jest nie tak. Oczywiście więc martwię się, że będzie jej przykro lub nie zrozumie. Widzę też, że ona czasem potrzebuje po prostu z kimś pogadać, więc woła mnie pod jakimś pretekstem i zaczyna ze mną rozmawiać (powoli zaczynam ogarniać jej akcent z Liverpoolu, nie jest łatwo).

Tymczasem siedzę na plaży w Maladze i jest dobrze. Malaga jest piękna. W przeciwieństwie do Marbelli i okolic, gdzie byłyśmy wczoraj u weterynarza. Sami turyści, hotele wyglądające jak blokowiska, napisy w sklepach po angielsku, fish and chips można kupić wszędzie. Jeśli ci ludzie wracają po wakacjach i mówią, że byli w Hiszpanii, to jest to po prostu śmieszne.

Odwiedziłam też z Fiestą pobliskie jezioro, pływałyśmy razem. Mam cudowne uczucie ogarniającej mnie wolności jak tylko opuszczam to miejsce i odpalam samochód. Niżej zdjęcia z ostatnich wycieczek, żeby nie było, że tylko lodówka i psie kupy.

A, jeszcze ciekawostka – jak temperatura prania jest taka sama jak powietrza i wieje wiatr, to pranie jest suche po 20 minutach. Wcale nie jest tak „mucho calor” jak wszyscy ostrzegali. Wieje wiatr, trochę jak z suszarki, przez co jest bardzo w porządku. Za to wieczorami jak jest koło 25 stopni, to potrzebuję coś na siebie założyć, bo jest mi zimno.