Jak dla chyba każdego, i dla mnie grudzień nie jest fantastycznym ekonomicznie miesiącem. Pomijając konsumpcyjne święta, to parę dni temu udałam się do pracy, jak zawsze samochodem. I… ledwo dojechałam, bo tuż pod samą pracą praktycznie nie mogłam zmieniać biegów. Powiedziałam Victorowi w pracy, który poszedł ze mną do Pabla, mojego superwizora, którego narzeczona ma ojca mechanika. Pablo jest przekochany – jak nic się nie działo, to w ogóle nie ingerował w moje życie, z dwa razy tylko rozmawialiśmy czy wszystko jest okej i czy na pewno wiem do jakich klubów chodzić, żeby się dobrze bawić, a jak teraz przyszłam z problemem, to od razu się zmobilizował i zorganizował wszystko łącznie z tym, kto mnie zawiezie do mechanika. Okazało się, że to sprzęgło, którego wymiana tutaj („aaa, to będzie tanie!” – tak orzekł mechanik) kosztowała mnie 250 euro (no kurcze, dla mnie to wcale nie tanie). Cieszę się, że stało się to tutaj, w bezpiecznym otoczeniu z pomocnymi ludźmi wokół, a nie gdzieś na przykład w drodze z Francji do Hiszpanii.

Poszłam też z Fiestą do weterynarza, bo od kiedy wróciła ze Sierry, to pomijając te wszystkie robaki, kleszcze i pchły, które miała, pachniała… no śmierdzącym psem. To absolutnie nie był jej zapach. Pani weterynarz (nie rozmawiająca po angielsku, oczywiście, ale mówiła wolno po hiszpańsku i wszystko zrozumiałam. A, w sumie w poprzedniej sytuacji też nikt nie rozmawiał po angielsku) zbadała jej krew, bo ponoć w Hiszpanii są komary, które roznoszą psom jakąś nieuleczalną chorobę, na szczęście to nie było to. Albo jakiś świerzb, albo infekcja skóry, jesteśmy w trakcie leczenia, które super działa, bo Fiesta już nie śmierdzi, i jakby o tym wiedząc, ładuje mi się do łóżka, by z nią spać. 75 euro. I odebrałam też telefon z naprawy, po tym jak go utopiłam w toalecie, 65 euro.

No to takie koszty życia, na szczęście alkohol tani, czego bardzo doświadczyliśmy przez ostatnie półtora tygodnia, kiedy odwiedzili mnie moi przyjaciele z Polski, Mateusz i Zosia, nieznający się wcześniej, ale bardzo ładnie się zintegrowali. Zwiedzaliśmy, piliśmy, obecnie czuję się wręcz wypłukana z witamin. No i poryczałam się jak odprowadziłam Zosię na autobus (Mateusz pojechał wcześniej). Kurcze, ciężkie jest to, że nie można być wszędzie ze wszystkimi i że podróżując, jednak się z czegoś rezygnuje. Oczywiście, by zyskać coś innego, ale mimo wszystko nie jest łatwo…

Do tego pracuję jak szalona, publikując wydarzenia dla jednej ze stron dla rodziców. Napisałam najpierw „eventy dla parentingowego portalu”, ale szybko z przerażeniem to usunęłam… W ogóle to jak przyjechał Mateusz i musiałam się przestawić na polski, to byłam zdezorientowana. Na przykład zapytałam „ej, mówi się po litwińsku czy po litwańsku?”. Ale już jest lepiej. A wracając do wydarzeń – pracuję czasem do 3 w nocy i jest tego bardzo dużo, najwięcej między poniedziałkiem a środą, czyli dokładnie wtedy, kiedy mam najwięcej zajęć – hiszpański i chór. I mój super sprawny komputer sprawia, że robię wszystko trzy razy wolniej.

Jakiś czas temu rozpoczął się też projekt, koordynowany przez jedną z moich koleżanek-wolontariuszek, a mianowicie wymiana językowa. Polega to na tym, że zainteresowani ludzie z Murcji przesyłają swoje namiary oraz jakiego języka chcą się uczyć i w ten sposób mogą spotkać się z nami, oferując nam swój hiszpański. Georgia spytała mnie, ile chcę osób, a ja z racji natłoku zajęć powiedziałam, że na razie jedna będzie ok. W mojej głowie jeśli miałabym więcej, to musiałabym poświęcać na to więcej dni – nie pomyślałam, jak reszta wolontariuszy, że mogę stworzyć grupę ludzi… Tak więc mój tandem językowy to 30-letni Fran, który też był kiedyś na EVSie w Niemczech. Praktykujemy angielski (o dziwo, nie chciał się uczyć polskiego), choć ma bardzo dobry poziom językowy. Skończyło się tak, że po trzecim spotkaniu mnie pocałował… I teraz już nie do końca wiem, czy to nadal wymiana językowa (hehe) czy jakaś inna. Spotykamy się kilka razy w tygodniu na wiele godzin. Mateusz i Zosia też go poznali. Mateusz parę razy powiedział „boże, jak on na nią patrzy!”, a Zosia, że cała jego mowa ciała jest skupiona na mnie.

Zapomniałabym o najważniejszym, bo to na plecach! Otóż mam nowy tatuaż. Trzy i pół godziny umierania. Serio, porównując tatuaż na ręku do pleców, to ręka to jak depilacja. I to tylko nóg. Jest duży i kolorowy, co oczywiście też wpłynęło na ból, ale w trakcie z pięć razy pomyślałam, że ciało nie jest w stanie przyjąć więcej bólu. Następnego dnia czułam się, jakbym miała grypę. Ale ponoć jest ładny, nie wiem, bo rzadko go widzę i tylko w lustrze. I kolejne 250 euro.