Długo zastanawiałam się, czy opisać tę historię, bo nie byłam pewna, czy chcę, by mój blog przybrał taki charakter. Nie mogę się jednak powstrzymać, opiszę!

Jak można zauważyć w poprzednim wpisie, sporo pisałam o Adrianie. Jakaś chemia była między nami od samego początku. Zaczęliśmy spędzać ze sobą każdą wolną chwilę. Chodziliśmy na spacery z Fiestą, rozmawialiśmy o wszystkim, wieczorami przytuleni oglądaliśmy filmy. Byliśmy też w pobliskim maleńkim baseniku z gorącym źródłem, dla orzeźwienia co jakiś czas wychodząc na deszcz. Trzy dni temu nieoczekiwanie (albo i oczekiwanie) pocałował mnie w kuchni. Tego samego dnia wieczorem w koreańskiej restauracji był koncert, wtedy pocałował mnie publicznie. Koreańczyk do tej pory jak nas widzi, to nuci walca z „Nocy i dni” (nie miałam pojęcia, że to międzynarodowe) i pyta jak mój chico. Dwa dni temu, dzień po pierwszym pocałunku, zaaranżowaliśmy dla nas dzień wolny i pojechaliśmy do Bilbao. Pół dnia mnie obejmował, całował, a momentami trzymał za rękę. Już poprzednie dni wskazywały na to, że jak nic się zakocha. Wiele razy mi mówił, jak się cieszy, że tu jestem, jak lubi spędzać ze mną czas i że jest szczęśliwszy od kiedy przyjechałam. Potem poszliśmy na obiad i ni stąd ni zowąd nasunął się temat związków. Zapytałam go ile miał kobiet, w sensie łóżkowym. Odpowiedział, że jakieś 50-60. Pomyślałam, że się pomylił i pewnie chciał powiedzieć fifTEEN a nie fifty. Ale nie, nie pomylił się. Parędziesiąt sekund mojego szoku, a następnie zapytał:
– To co, chcesz uczestniczyć w seksie grupowym ze mną?
Tu nastąpiło moje zaniemówienie.
– Ty żartujesz, prawda? – spytałam powoli po parunastu sekundach.
– Może… Może nie. – odpowiedział równie powoli.
– Nie.
I na tym etapie można powiedzieć, że nasze love story się zakończyło. Dopytywał czemu nie, ale nawet nie chciałam brnąć w tę rozmowę. Zapytał więc, czy jestem smutna, odpowiedziałam, że bardziej rozczarowana, choć może i to nie jest właściwe słowo.
– Nie możesz mnie winić za przeszłość, to było przez parę lat na studiach. – powiedział,  a ja poczułam, że się nie zrozumieliśmy.
– Tu nie chodzi o przeszłość. Tak, 50-60 to dużo, ale masz rację, nie mogę cię za to winić. Natomiast pytanie o seks grupowy to już teraźniejszość.
No i to by było na tyle. Resztę dnia spędziliśmy na moim stanowczym „nie dotykaj mnie”, na przejechaniu z Bilbao na plażę i na powrocie do domu. Nie, nie zdążyłam się zakochać i przed rozmową o grupowych aktywnościach miałam w głowie „eeee chyba to nie do końca jest to. Cholera, jak się mam teraz z tego wyplątać”. Myślę, że będziemy dalej się przyjaźnić, ale absolutnie nie chcę nic wiedzieć o jego łóżkowych zainteresowaniach. Choć nie wiem jak długo ta znajomość będzie trwać, bo dziś, po paru dniach pracy w restauracji, zwolnili go tłumacząc, że zachowuje się jak „smartass” i myśli tylko o napiwkach. Może więc wyjedzie z Hornillos.

***

A z innej beczki, to wczoraj przyszedł mój stół do masażu. Przygotowałam pokój w naszym domu (a od czerwca mam się przenieść do albergue z masażami, gdzie też będę na to miała specjalny pokój) i miałam już pierwszą klientkę, na masaż uda. Jako, że to pierwsza klientka, to zaproponowałam jej też masaż karku. Łącznie pół godziny. Jako cenę podałam donativo, czyli płać ile uważasz. Dostałam 15 euro. Dziś dwa kolejne masaże – stopy i łydki oraz łydki i kolana – łącznie 30 euro, niecała godzina. Nie miałam planu zarabiać pieniędzy w najbliższym czasie, ale chyba są mi przeznaczone. A mój stół jest śliczny!