Mój nowy wolontariat jest miejscem wyjątkowo interesującym. Nie zawsze drugiego dnia dowiadujesz się, że kilka miesięcy wcześniej kogoś tam zamordowano. Ale o tym za chwilę.

Organizacja w której jestem jest przeznaczona dla osób z zaburzeniami rozwoju, głównie ze spektrum autyzmu. Jest tu 40-kilku uczestników, w większości korzystających z pobytu dziennego, a kilkanaście osób mieszka tam całą dobę. Wspieram grupę najlepiej funkcjonującą, w której jest 9 mężczyzn w wieku 23-42 lata z autyzmem lub Aspergerem, prowadzoną przez Victora i Carmonę. Jest to grupa, dzięki której chłopaki mają stać się jak najbardziej niezależni, a nawet podjąć pracę.

Zostałam przywitana, wbrew wszelkim moim obawom, nadzwyczaj dobrze i ciepło. Pamiętajmy, że nadal jestem w Hiszpanii, gdzie dotyku w relacjach interpersonalnych jest dużo więcej niż w Polsce, a jak poznaje się nową osobę (czasem nawet i przełożonego), to naturalne są dwa całusy w policzki. I tak też mnie przywitali – każdy, po kolei. W mojej głowie miałam przeświadczenie, że osoby z takimi trudnościami zazwyczaj unikają dotyku i patrzenia w oczy. Z tymi oczami to różnie, ale dotyku jest całkiem sporo – codziennie widzę jak głaskają siebie wzajemnie po ramionach czy przytulają i wygląda to wręcz naturalnie.

Moim zadaniem jest głównie wspierać i uczestniczyć we wszystkich zajęciach razem z chłopakami. I tak mamy rozwiązywanie problemów, umiejętności społeczne, przygotowanie do pracy, podstawy informatyki, zajęcia z czegoś w rodzaju pielęgniarstwa (czyli np. jak i kiedy przylepić plaster), gotowanie i sprzątanie, sport i chyba najważniejsze – dwa razy w tygodniu ogród. Mamy tam kawał ziemi, na której chłopaki robią wszystko co tylko jest konieczne do uzyskania ekologicznych warzyw i owoców, są też kury, a ostatnio sadziliśmy winorośle, więc w przyszłym roku będzie też wino. Dzięki temu zarabiają odrobinę pieniędzy. A praca, jak to w ogrodzie, całkiem ciężka, ale satysfakcjonująca, znowu mam odciski na dłoniach.

 

Victor prowadzi grupę, ze wsparciem Carmony, ale Carmona jest też odpowiedzialny za cały ogród i zajęcia tam z innymi grupami, więc jest go trochę mniej. A w sumie szkoda, bo jako jedyny mówi trochę po angielsku. Jego dziewczyną jest pierwsza wolontariuszka, która tam była (ja jestem czwartą), dziewczyna ze Słowenii, mają teraz półroczne dziecko. Natomiast Victor wygląda trochę jak taki chłopak z siłowni – wysportowany, tatuaże, piercing. A jak zaczyna mówić, to okazuje się, że wbrew stereotypowemu wyglądowi, świetnie pracuje z chłopakami, jest cierpliwy, inteligentny i taki bardzo ciepły w kontakcie. Muszę przyznać, że daje to bardzo gorącą mieszankę (ma dziewczynę :P). W większości wszyscy, którzy tam pracują są koło 30-tki, jest chyba więcej mężczyzn i wszyscy wyglądają jakoś tak atrakcyjnie, więc z moją przyjaciółką śmiałyśmy się, że rekrutacja do pracy pewnie odbywała się poprzez selekcję zdjęć z CV.

I jeszcze jedna super sprawa – każdego dnia jem tam obiad. Dostaję pieniądze jak wszyscy wolontariusze z erasmus+, ale tylko w mojej organizacji jest obiad, więc w ciągu tygodnia w zasadzie nie muszę gotować. I będę też dostawała zwrot za paliwo na dojazd tam – jest to 14 km w jedną stronę, normalnie bym dostawała zwrot za bilety na autobus, ale jako, że jestem jedyną wolontariuszką z samochodem, to mogłam się przekonać, że autobusem to dwie godziny drogi dziennie w obie strony, a samochodem 40 minut włącznie z dojściem do parkingu…

Jedyny problem jest taki, że nadal nie znam hiszpańskiego. Czuję się przez to trochę bezsilna i bierna, bo mam sporo do powiedzenia podczas zajęć i nie potrafię. I o ile Victora i Carmonę mniej więcej rozumiem, to chłopaków niemal zupełnie nie. Aczkolwiek jakoś niedługo mamy mieć intensywny kurs językowy, choć tylko przez dwa tygodnie, a potem cały czas dostęp do platformy językowej, do której zrobiłam test na rozpoznanie poziomu – okazuje się, że mam A2, co jest całkiem miłe i zaskakujące. I jak w pracy mam bardzo intensywny hiszpański, tak w domu bardzo intensywny angielski z dziewczynami, co daje mi kompletny mętlik.

A w domu zaczynam powoli wić gniazdo – kupiłam obraz (?!) w second handzie i mam trzy roślinki, bo po życiu w górach i ciągłym podlewaniu kwiatów tam, brakuje mi zieleni. Co jest dziwne, bo w Polsce zawsze wszystkie rośliny niechcący mordowałam.

Skoro tak płynnie przeszłam do mordowania. Otóż drugiego wieczora w Murcji dowiedziałam się, że w mojej organizacji w maju tego roku jeden pracownik (taki w stylu złotej rączki), zabił inną pracownicę, która miała nocną zmianę. Bodajże 40 pchnięć nożem. Potem się powiesił. Nieszczęśliwa miłość. Sprawa dość głośna wszędzie w Hiszpanii. Wiem, w którym to było pokoju (bo oczywiście spytałam, tak to bym się cały czas zastanawiała, gdzie to było), jak tam teraz wchodzę to mam gęsią skórkę. Mamy taki czarny żart, że jak ktoś się we mnie tam zakocha, to mam natychmiast rezygnować.

Ale tak poza tym to naprawdę jest sympatycznie i wręcz lubię tam codziennie przyjeżdżać. Raz przed obiadem siedziałam z chłopakami i oglądaliśmy „Friendsów” – nikt się nie śmiał. Oni, bo nie czają sarkazmu i żartów, a ja, bo nie rozumiem hiszpańskiego. Trochę surrealistyczne jest też to, że część z nich nosi opaski na rękę z napisem „Polska” – prezent od wolontariuszki, która była tam przede mną.

Raz pomagałam też w innej grupie. Tam jest zupełnie inny charakter pracy, osoby o dużo większych trudnościach, niemówiące, śliniące się, wydające dziwne dźwięki, czasem agresywne. Praca kompletnie nie moja – w Polsce pracowałam na relacji, na budowaniu zaufania, na kontakcie z drugą osobą – a tutaj nie wiem czy da się inaczej, ale jest bardzo behawioralnie, jak zachowują się w oczekiwany sposób, to dostają cukierki. Bywa też, że opiekunowie są dość restrykcyjni, mówią bardzo stanowczo, czasem muszą stosować holding. Choć muszę przyznać, że po tym krótkim czasie, który jak na razie z nimi spędziłam, poczułam ogromny szacunek do osób, które się tym zajmują (być może dlatego jest więcej mężczyzn, że potrzeba tu więcej interwencji fizycznych). I z ulgą wróciłam do „moich chłopaków”.

Obawiałam się przyjeżdżając tu, że nie dam rady wysiedzieć 11 miesięcy w jednym miejscu. Już w pierwszy weekend pojechaliśmy do Walencji, w drugi na plażę, a w ten planujemy Alicante. Mieliśmy też dość ciężką imprezę dla erasmusów, podczas której ja i Carol (mieszka ze mną, ale niestety tylko do soboty) wypiłyśmy około 15 chupitos (czyli naszych dobrze znanych shotów), bo były zbyt tanie. Jest więc intensywnie, dużo się dzieje i… nadal czekam na swojego psa. Problem jest taki, że koordynatorka wolontariatu działa w trybie bardzo hiszpańskim, czyli nie spieszy jej się z niczym. I tak czekałam dwa tygodnie aż zapyta właściciela mieszkania o zgodę na psa, teraz mam czekać aż zapyta o zgodę wolontariusza, który ma z nami zamieszkać zamiast Carol, ale… wolontariusz nadal nie został zrekrutowany, nie wpłynęło żadne zgłoszenie, więc może to trwać jeszcze z miesiąc albo i więcej. Trochę to absurdalne, bo równie dobrze Fiesta mogłaby czekać tu ze mną, a nawet jakby ta nowa osoba miała coś przeciwko psu, to mamy wolne pokoje jeszcze w dwóch innych mieszkaniach. Mam więc niecny plan po prostu ją tu przywieźć nie czekając już dłużej, bo najważniejsze jest to, że właściciel się zgodził. No i raczej nie mogą mnie wyrzucić, co najwyżej mogę nie być ulubienicą, no cóż.

Wybieg dla psów blisko mojego domu. Tu Fiesta będzie sobie hasać. No jasne, że mamy tam też palmy.