Nie dziwię się, że Hiszpania jest w kryzysie. Tutaj każda okazja do fiesty jest dobra. Dni wolne od pracy mnożą się w najlepsze. Dużo ludzi pracuje tylko 4 godziny dziennie, bo po co więcej. Sjesta w trakcie dnia i obowiązkowe zmęczone „que calor” wypowiadane przez wszystkich. Czyli „jaki upał” – jak się zna te dwa słowa, to można już odbyć small talk po hiszpańsku z każdym, potem wystarczy mówić „si si”, jestem w tym najlepsza.

Skoro o fiestach mowa – w zeszły piątek było święto w Burgos, El Curpillos. Ogólnie można powiedzieć, że cały dzień i noc picia i jedzenia (znalezienie opcji wegetariańskich graniczyło z cudem), doprawione odrobiną muzyki. W pewnym momencie, idąc wśród zakurzonych ludzi, pomalowanych, pijanych nastolatków, poczułam się trochę jak na naszym rodzimym Woodstocku, a więc dobrze. Żeby nie było za mało fiesty, to od jutra zaczyna się cały tydzień świętowania w Burgos – imprezy co noc do samego rana w całym mieście.

Tymczasem w mej małej wiosce, Hornillos, życie toczy się równie intensywnie. Ostatnio w albergue mieliśmy pielgrzymkę 15-latków z francuskiej katolickiej szkoły wraz z opiekunami. Weszli do wsi z impetem, głośno śpiewając. Potem śpiewali też w naszej koreańskiej restauracji. Śpiewa tam też co jakiś czas francuski Patrick Swayze z poprzedniego wpisu (nadal jest we wsi, tym razem robi nam ścieżkę w ogródku z wielkich kamieni, mniej więcej w tempie metr ścieżki na trzy dni) i akurat to był jego wieczór – zaśpiewał nastoletniej pielgrzymce popularną we Francji piosenkę o seksie czy piciu na grobie, nie pamiętam już dokładnie, ale dzieciaki musiały akurat po tej piosence nagle wyjść… Muszę dodać, że nigdy nie widziałam albergue tak czystego po pielgrzymach, jak po tych dzieciakach następnego dnia rano, skrócili mi pracę o jakąś godzinę.

Jak wspominałam, nie mam ostatnio za wiele do roboty (tak, nadal nie ma masaży), więc miałam jeden bardzo aktywny dzień, kiedy zrobiłam łapacz snów (brzydki, ale pierwszy. niestety zapał na pierwszym się skończył) i czekoladowe ciasto dla połowy wsi. Nie urosło za bardzo, przypaliło się trochę od spodu, ale wszyscy mówili, że dobre, a niektórzy szaleńcy brali dodatkowe kawałki. Innym razem jedliśmy też kraby. Major wsi (ten, który sądził, że Hitler był Polakiem – żeby było ciekawiej, potem powiedział to jeszcze raz i już wszyscy zaczęli mu tłumaczyć, że nie był) lubuje się w łowieniu krabów, chyba nie do końca legalnym. Zjadłam kilka krabów, przełamując to, że wyglądają dość obrzydliwie i mają bardzo dużo nóg. Więcej zabawy niż jedzenia. Potem przypomniało mi się, że kraby gotuje się żywcem i już wcale nie chcę ich jeść, nigdy przenigdy.

W związku z nadmiarem czasu zaczęłam też czasem chodzić na lekcje hiszpańskiego dwa razy dziennie. Odczuwam straszną satysfakcję z tego, że bardzo dużo rozumiem, bywam czasem tłumaczem dla Mae i Rachel, mojej nowej koleżanki z UK (która ma 18 lat – świetne mam koleżanki, jedna lat 70, druga 18).

Kiedy tu przyjechałam, Meseta była zielona. Teraz coraz bardziej przypomina pustynię, czyli tak, jak podczas mojego zeszłorocznego Camino we wrześniu.

Czuję już ogromną potrzebę zmiany otoczenia… Obawiałam się, że jak gdzieś się zatrzymam, to będzie ciężko mi ruszyć dalej, ale zupełnie tak nie jest, jestem gotowa. Myślałam, żeby skompletować moje Camino, to znaczy ruszyć z Saint Jean Pied de Port, tam gdzie zwyczajowo wszyscy zaczynają drogę francuską i zakończyć w Pamplonie, tam gdzie ja zaczęłam, łącznie 2-3 dni drogi. Jestem jednak zbyt leniwa albo po prostu mi się nie chce. Zamiast tego zdecydowałam się odwiedzić Adriana w Galicji. Już w niedzielę opuszczam Hornillos, by udać się do Cangas na kilka dni, a potem na kolejny workaway do Andaluzji. Każdy komu o tym mówię, wypowiada właśnie „que calor en Andalucia!”. Bywa około 45 stopni. A jadę tam do Brytyjki, która mieszka w Hiszpanii od 18 lat i prowadzi schronisko dla 20 psów. Mam tylko nadzieję, że Fieście nie przypomną się czasy, kiedy sama była w schronisku i nie będzie jakaś straumatyzowana. I mam też nadzieję, że nie dołączy do nas później jakiś dodatkowy schroniskowy pies, zawsze jest to ryzyko.

Fieście na pewno będzie brakować koreańskiej kuchni jak wyjedziemy z Hornillos. Aktualnie nasze spacery wyglądają tak, że muszę ją na siłę odciągać od okna restauracji, bo potrafi siedzieć i wpatrywać się w nie godzinami. Z każdego spaceru chce szybko wracać, zapiera się łapami, by nie iść dalej, tylko po to, by siedzieć w ogródku i patrzeć w to okno.

Tak właśnie wyglądają spacery z Fiestą.