Ja wszystko rozumiem, ale nie pozwolę, żeby ktoś na mnie krzyczał. Średnio dwa razy dziennie. Dziś miarka się przebrała, minął tydzień, a ja zrezygnowałam z workawaya. Wczoraj nasłuchałam się monologu o tym, jak to język angielski i kultura brytyjska to „mierda”, czyli że kupa. Taki 20-minutowy monolog od człowieka, który chce się tam kiedyś przenieść i podnająć swoje gospodarstwo. Wcześniej też słuchałam o tym, jak to on nie jest rasistą, ale Romów to nie lubi. Słuchałam też krzyczenia na mnie, kiedy prowadziłam samochód, że powinnam na krętej drodze być bardziej na prawo bla bla bla… Przejechałam z Polski ponad 3000 km. Jeździłam we Włoszech po bardzo krętej drodze do naszej wsi. To było około 1500 km temu, teraz jeżdżę już dużo lepiej, znam swój samochód, nawet górki mi zaczynają wychodzić.

Kilka dni temu było też krzyczenie w kuchni, już nawet nie pamiętam o co. Potem oczywiście przeprosiny. A dziś znowu jakaś głupota, weszłam nie na tę grządkę co trzeba, bo z jego pokrętnego angielskiego zrozumiałam, że mogę. Moje ukrywane szlochanie pomiędzy krzakami, potem mnie zawołał, żeby coś tam wytłumaczyć i znowu zaczął przepraszać, że się zezłościł. I już nie dałam rady, za dużo tego było, tama pękła, zaczęłam mega płakać. Zaczęłam mu tłumaczyć, że nie może tak traktować ludzi. On się odnosił do sytuacji, że przy prowadzeniu nie znałam drogi, przy grządce jego ojciec też go tak traktował… Typowy facet (przepraszam wszystkich nietypowych facetów) – tu nie chodzi o konkretną sytuację, tylko o całość! Nie ma wymówki ani wytłumaczenia na krzyczenie na ludzi, bo przemoc psychiczna to też przemoc. Mam wrażenie, że to się nasilało z dnia na dzień, nie znałam momentu kiedy coś mu się nie spodoba i się na mnie wydrze. Wolałam czegoś nie zrobić niż zrobić, bo mogłoby być źle, ale było źle, jeśli czegoś nie zrobiłam. Pytaniami tylko go drażniłam, więc pytać też było źle. Błędne koło. Powiedziałam mu, że będzie szczęśliwszy żyjąc sam, a ja spakuję swoje rzeczy. Był rozczarowany, potem wrzucił mi na facebooku jakąś piosenką po hiszpańsku, coś o pożegnaniu. Wiem, że chciał, żebym została, bo na jakiś swój pokrętny sposób mnie lubił, ale miał duży problem z emocjami.

Prosto od niego, z całym swym „dobytkiem”, pojechałam do weterynarza, do trochę większego miasta kilka kilometrów dalej. Fiesta od jakiegoś czasu się gryzła przy ogonie, zwyczajowo o tej porze roku zapychają się jej gruczoły więc sądziłam, że to znów to (psiarze zrozumieją). Od wczoraj wygryzła sobie sierść aż do krwi, wygląda to bardzo źle. I tu wyzwanie – weterynarz nie znał angielskiego, więc cała wizyta po hiszpańsku. Okazało się, że to nie gruczoły, a grzyb (tu akurat musiałam użyć translatora). Ponoć jest to dość częste w lato, bo gorąco, a ona czarna, ale łatwo to wyleczyć, dostała jakiś spray, ma podgolony ogon i musiałam się pożegnać z 35 euro.

A tu Fiesta na naszym wczorajszym spacerze, jeszcze w Mecina.

Potem przeniosłyśmy się do baru z wifi, bo musiałam znaleźć nam jakiś hotel czy camping na najbliższy czas. Biedna Fiesta, strasznie ją w to miejsce gryzły muchy. Znalazłam najtańszy hotel 45 minut drogi dalej, z podwójnym łóżkiem i wanną. I mój pies będzie spał ze mną, ależ to nienormalne! Wymoczyłam się w wannie, żeby w końcu doczyścić brudne stopy po doświadczeniach na farmie. Na jutro zarezerwowałam odrobinę droższy, ale nadal tani, hotel w centrum Grenady. Już wczoraj odezwałam się do kilku hostów z workawaya, więc plan był taki, że te dwa dni spędzę odpoczywając, a w międzyczasie może ktoś mi odpisze. Jedyne czego mi było szkoda, to że nie napatrzyłam się wystarczająco na przepiękne góry Sierra Nevada.

Z hotelu w miejscowości, w której jestem, a nazwy wciąż zapominam, wyszłam do sklepu po jakieś jedzenie i spotkałam dwie przemiłe hiszpańskie dziewczyny, które do mnie zagadały pytając czy mówię po angielsku. Po paru zdaniach okazało się, że to Świadkowe Jehowy. Ale nawet takie nienachalne, więc chwilę pogadałyśmy. Wracałam do hotelu i czułam się całkiem zadowolona z siebie, z poczuciem ulgi. Każde doświadczenie jest po coś i może kiedyś będę wdzięczna Francisco, że go spotkałam na swej drodze. Już dziś poczułam się silniejsza.

To miało być szpiegowskie zdjęcie dziadków, co to tam siedzą. Wyszło zdjęcie z 15 kilometrów, bo oczywiście wstydziłam się podejść bliżej.

I nagle odezwał się mój telefon. To jedna z hostów z workawaya, z miejsca, na które najbardziej liczyłam. Też w okolicy Sierra Nevada, gospodarstwo z końmi, kurami, kotami i psami, właściciele to francusko-hiszpańska para. Wyjeżdżają na wakacje na trzy tygodnie i potrzebują, by ktoś się zajął zwierzakami w tym czasie. Rozmawiałam z Francuską, była absolutnie przemiła, powiedziała nawet, że mój pies jest jak najbardziej mile widziany. Pierwsze 10 dni będę z nimi, a potem zostaję tam sama, choć ponoć ma często wpadać rodzina Hiszpana. Nie mogłabym chcieć więcej. Nie żegnam się więc z górami, jutro Grenada, a pojutrze mój nowy workaway. Dzięki, losie.