Czy człowiek może do wszystkiego się przyzwyczaić? Sprzątając psie kupy złapałam się na tym, że myślę co zjeść na śniadanie. Nadal trochę rusza mnie widok masakrycznego syfu w domu – na łóżku Ann są wymiociny i odchody jednego z psów, który zjada odpady walające się po domu, które o dziwo mu nie służą. Nauczyłam się jednak radzić sobie z tym syfem – do kuchni wchodzę tylko na moment, a w łazience staram się za nic nie dotknąć podłogi bosą stopą. To brzmi absurdalnie, wiem. Jutro wyjeżdżam, bo moje uzgodnione trzy tygodnie się kończą. Serwis workaway działa tak, że wolontariusz i host mogą wystawić sobie wzajemnie publiczny feedback, z oceną i komentarzem. Niestety nie będę mogła o doświadczeniach tutaj napisać w superlatywach, muszę napisać prawdę, by być w zgodzie ze sobą i by dać znać innym workawayowcom. Martwię się oczywiście, że Ann będzie przykro, będzie zawiedziona. Ewentualnie po przeczytaniu mojego feedbacku sama może wystawić mi negatywny, choć wielokrotnie mi mówiła, jak bardzo jej pomagam i że każdemu kto teraz przyjedzie, będzie ciężko mi dorównać. No jasne, szczególnie, że myślę, że jakieś 85% osób zrezygnowałoby po zobaczeniu miejsca. Mam też nadzieję, że jutro nie wpadnę z deszczu pod rynnę i człowiek, do którego jadę, nie okaże się psychopatą.

W międzyczasie odwiedziłam Gibraltar. Zostawiłam samochód w mieście sąsiadującym, bo słyszałam, że na granicy czeka się trzy lata, a potem nie ma gdzie parkować i w ogóle. Jeśli jakimś przypadkiem czyta to ktoś, kto się wybiera na Gibraltar samochodem i przeczytał na jednej ze stron, że najlepiej zostawić go na płatnym (chyba 6 euro) parkingu koło McDonalda – można. Ale jeśli się jest takim cebulakiem jak ja, to można przeznaczyć 5 euro z tych 6 na prowizję w bankomacie (ostatnio przez pomyłkę wypłaciłam 20 euro z prowizją 5 euro, bo z rozpędu wcisnęłam, że to akceptuję. Do tej pory nie mogę sobie wybaczyć) i zostawić samochód odrobię na zachód od portu, jest tam już darmowa strefa parkowania, a do Gibraltaru jakieś 17 minut na piechotę.

Gibraltar wygląda imponująco już z daleka, gdzie widać Rock of Gibraltar. Samo przejście przez granicę było ekscytujące, w końcu od trzech miesięcy nie zmieniałam kraju. I nagle znalazłam się w ciepłej wersji UK, z angielskimi sklepami, napisami, budkami telefonicznymi i ludźmi dokoła mówiącymi po angielsku. Nie ukrywam, że poczułam lekki komfort ze względu na język.

Moim celem było oczywiście dostanie się na tę wielką górę z małpami. I tu jest kilka opcji, można tam wleźć, ale trwa to około 3h w jedną stronę, a ja oczywiście wybrałam się dość późno. Można wybrać się na coś w stylu objazdowej wycieczki, którą proponują taksówkarze w busikach, a można wybrać wjazd kolejką linową. Wybrałam opcję ostatnią, w dwie strony, choć trochę wahałam się czy nie chcę zejść z góry na nogach. Uznałam jednak, że nie mam aż tyle czasu i że mnie stać, bo jeszcze wtedy nie straciłam bezmyślnie 5 euro w bankomacie. Kolejka linowa w dwie strony to bolesny wydatek około 70 zł. Ale warto.

Może to trochę dziwne skojarzenie, ale przez opowieści zasłyszane o małpach oraz ostrzeżenia wywieszone wszędzie wokół, przypomniał mi się Jurassic Park i miałam wrażenie, że jadę kolejką właśnie do czegoś takiego – z pozoru wszystko fajnie, a nagle agresywne małpy przejmą dowodzenie i wszystkich nas tam malowniczo pomordują. Naczytałam się, żeby uważać już przy wyjściu z kolejki i najlepiej nie wychodzić jako pierwsza, bo małpy atakują. Wychodzę więc ostrożnie, przygotowana, na dole zjadłam na siłę kanapkę z plecaka, żeby jej przypadkiem nie wyczuły, a tu… zero małp. No dobrze, poszłam więc oglądać widoki. Które są wręcz niesamowite, góra jest bardzo wysoka, więc na jej szczycie jest się w chmurach. Z jednej strony góry widać chmury i gdzieś tam daleko w dole, czasem wyłania się ledwo dostrzegalna plaża. Z drugiej strony widać cały Gibraltar i port i nie ma chmur. Popatrzyłam sobie na widoki i przeszłam na coś w rodzaju tarasów widokowych zbudowanych wokół stacji kolejki linowej. Są tam też ze dwie restauracje. I nagle zobaczyłam pierwszą małpę. Siedziała sobie wychillowana i miała kompletnie wywalone na to, że mnóstwo ludzi robi jej zdjęcia. Poszłam dalej i zaczęłam sobie myśleć, że kurcze słabo, zapłaciłam miliony monet, a tu jedna małpa i to w dodatku jakaś leniwa. Pewnie znając mnie to mam takie szczęście, że teraz śpią czy coś takiego. I zobaczyłam kolejne dwie, śpiące właśnie. Nagle usłyszałam szkockie dudy. Okazało się, że w jednej z restauracji był właśnie ślub. Teraz już nie wiem gdzie się fajniej pobrać – na szczycie Gibraltaru czy w Las Vegas. Chyba Vegas nadal wygrywa.

Idę sobie dalej odkrywając kolejne tarasy i kolejne małpy. Było ich coraz więcej. Zobaczyłam też scenę jak małpa zabiera kobiecie plastikową reklamówkę (bo przecież nie było miliona ostrzeżeń, żeby nie mieć na widoku plastikowych reklamówek…). Odeszłam od tarasów i zaczęłam iść drogą, gdzie małp było jeszcze więcej. Bałam się ich, choć najmniejsze były słodkie. Niektórzy podchodzili do nich bardzo blisko i robili sobie zdjęcia. Jeśliby mnie to kusiło, to mój zapał ostudziłby widok kobiety, której partner ścierał krew z pleców, po ugryzieniu albo podrapaniu.

Po jakimś czasie zaczęłam czekać na kolejkę w dół, w grupce innych ludzi. Nagle na barierce pojawiła się duża małpa, szybko podbiegła i usiadła naprzeciwko mnie, dzieliło nas około pół metra. Zaczęła mi patrzeć prosto w oczy. Nogi się pode mną ugięły, poczułam się jakbym zobaczyła kanara w ZTMie. Oczywiście życie całe przed oczami i takie tam, ale przegonił ją pan obsługujący kolejkę.

Po kilku godzinach na Gibraltarze, wybrałam się jeszcze do oddalonej pół godziny drogi Tarify. Surferskie miasteczko, położone dokładnie u zbiegu Morza Śródziemnego i Oceanu Atlantyckiego. Mnóstwo maleńkich uliczek, pełne życia. I to tu straciłam 5 euro w bankomacie przez własną głupotę.

Jedyny problem jaki dostrzegam z brakiem zarabiania pieniędzy jest taki, że ubywają z konta. Mój największy i niemal jedyny wydatek to benzyna. I niestety mam problem z opanowaniem swojego konsumpcjonizmu, bo jak gdziekolwiek wychodzę to po prostu bym żarła. Te wszystkie restauracyjki są tak kuszące, te tapas, te paelle… Zdroworozsądkowo zaczynam więc bardzo najadać się przed wyjściem i brać prowiant. Do tego jeszcze tłumaczę sobie, że nie mają nic wegetariańskiego, a zamawianie jedzenia jest stresujące. To działa.

Na lewo Morze Śródziemne, na prawo Atlantyk

W Tarifie jednak stwierdziłam, że zjem coś na mieście, po czym straciłam 5 euro i pomyślałam sobie „no to co, Dia?” (Dia to taki tani supermarket). W rezultacie wylądowałam z piwem i chipsami na plaży, gapiąc się na zachód słońca. Przestałam się spinać, że podróżuję sama. Wcześniej takie łażenie gdziekolwiek samemu wydawało mi się dziwne, a teraz jak najbardziej to doceniam. Mogę iść i robić dokładnie to, na co mam ochotę, nie pytając nikogo, nie musząc spełniać cudzych oczekiwań. Chyba właśnie to dały mi te trzy tygodnie w Campillos. Wcześniej w Hornillos miałam bogate życie towarzyskie, ciągle z ludźmi. Teraz spędzałam czas głównie ze sobą i jest to bardzo przyjemne.

PS. A wczoraj byłam ostatni raz (jak na razie) w mej ukochanej Maladze i wracając do samochodu spotkałam… ekipę z Dirty Dancing, o którym pisałam tutaj. Stali pod teatrem Cervantesa, wyglądało na to, że właśnie skończyli spektakl. Rozpoznałam ich tylko dlatego, że obserwuję na instagramie konto chłopaka, który gra Billy’ego. Gdybym nie była taką sierotą, to pewnie bym do nich zagadała, no ale cóż…

PS2. Skończyłam pisać, udostępniłam post i poszłam do kuchni. A tam… Ann właśnie kończyła ją sprzątać. Zapytałam co się stało, więc powiedziała, że zaczęła coś tam przekładać i tak od czynu do czynu… To nie tak, że jest czysto, ale w porównaniu do tego co było, jest zadziwiająco inaczej. Za trzy dni będzie tu nowy workawayer i aż poczułam ukłucie zazdrości, no ja nie miałam takich warunków! Teraz to już kompletnie nie wiem co zrobić z feedbackiem…