Napisane 19.09 o 22:02
Wczoraj zabrakło wpisu, bo wygrało wino, naprawdę tanie. 80 centów za kieliszek! Nawet nie pamiętam ile wczoraj przeszłam, ale postój był w Logroño. Spędziłam większość dnia z Paulem, chcieliśmy razem gotować, ale wszystkie sklepy były zamknięte po niedzielnej sjeście. Za to lekko pijani dołączyliśmy do jakiejś parady, pełni entuzjazmu podążając za orkiestrami, aż doszliśmy do czegoś w rodzaju stadionu, a tam okazało się, że mają corridę… więc od razu poszliśmy w drugą stronę.
Skończyliśmy pijąc z tłumem innych pielgrzymów na starym mieście, było niesamowicie, poznałam mnóstwo osób zewsząd – Kanada, USA, Niemcy, Australia…

Natomiast dzisiaj, z lekkim kacem, rześko wyruszyliśmy z samego rana dalej. W zasadzie nawet nie z rana, bo było jeszcze ciemno. Nadal nie rozumiem czemu nie możemy zacząć iść jak normalni ludzie, o jakiejś przyzwoitej porze np. 9. Dzisiaj zrobiliśmy 29 km, a tym samym zrobiłam swoje pierwsze 100 km. Jestem w lepszej formie, szłam z Paulem i z Constantinem, który jest wojskowym, więc niesamowite jest to, że nadążałam za nimi. Constantin ma naprawdę ciężki plecak, wyglądający na 25 kg. Paul chciał przejść jakąś część drogi z tym plecakiem, więc się zamienili. I przez pół dnia powracającym tematem było, co jest w tym plecaku. Uważamy, że taboret, żelazko, pianino, być może zwłoki – pomysłów było wiele. Z Constantinem wiąże się też historia największego pęcherza na świecie, którego dorobił się zaraz za Pirenejami. Na absolutnie całej kostce. Musiał odpocząć jeden dzień, bo nie był w stanie chodzić, więc następnego dnia przeszedł ponad 40 km…

Teraz jesteśmy w Nájera, pierwszy raz skorzystałam z albergue donativo, czyli możesz zapłacić za noc tyle ile chcesz (zwyczajowo nie mniej niż 5 euro). Dali nam nawet paellę za darmo. Aczkolwiek śmieszne jest to, że piętrowe łóżka są tak blisko, że są złączone ze sobą, więc mam jakby podwójne łóżko, na szczęście z dziewczyną.

PS. Francuz z poprzedniego wpisu okazał się Hiszpanem z Girony. Rozmawialiśmy, mówi po angielsku (to było dziwne usłyszeć jego angielski po raz pierwszy, bo byłam głęboko przekonana, że mówi tylko po francusku), niestety poszedł dalej, nie zatrzymując się w Logroño, bo ma mało czasu na swe camino.

Dopisek 20.09

Kolejne chyba 22 km dalej. Jestem w super albergue w Santo Domingo de la Calzada, ma nawet windę, ale tylko dla niepełnosprawnych. Chociaż wszyscy chodzimy jak niepełnosprawni, czasem czuję się jak w kolejce do lekarza, bo każdy pyta każdego „hej, jak twoje kolano dzisiaj?”, „hej, jakieś nowe pęcherze? „. A moje nogi całkiem dobrze, czasem dokuczają mi tylko kolana, ale każdego coś boli. A plecak niemal stał się częścią mnie, nie przeszkadza mi już aż tak jego ciężar.