No dobra, przesadziłam z tym „ej, nie jest gorąco, da się przeżyć”. Od paru dni mamy 45°, wiatr przestał wiać. Głównie śpię, nie jestem w stanie zmusić się do żadnej aktywności, jeśli już to rano lub późnym wieczorem. Pojawiły się też pierwsze problemy ze spaniem w nocy, bo w mojej poczekalni weterynaryjnej nie ma żadnej cyrkulacji powietrza. I okien. W tej chwili jest 20:30 i jest 38°. Najdziwniejsze są różnice temperatur. U nas 45°, a w tym samym czasie w Maladze, która jest jedynie 75 km stąd, jest 31°. Już nie wspomnę o północy, w Hornillos dziś 25°.

Psy całe dnie śpią, ukryte w cieniu, a miliony much latają wokół. Kilka z nich (psów, a nie much), lubi się schłodzić i wskoczyć przednimi łapami do wiadra z wodą. A mój prywatny pies, jak niektórzy wiedzą, lubi wskoczyć do wiadra z jedzeniem – już trzy razy udało jej się dobrać do karmy, by potem zamęczać mnie swoimi problemami żołądkowymi. Ostatnio ją zważyłam i od momentu opuszczenia Polski przytyła… 5 kilogramów.

Jest też nadzieja, że ja jakoś bardzo nie schudnę – otóż, stała się rzecz niebywała, stare jedzenie zostało wyrzucone! To była jedna z bardziej satysfakcjonujących chwil w moim życiu. Rany, ale mam życie. A zaczęło się od tego, że Ann chciała, żebym miała lodówkę w swej przychodni weterynaryjnej, bo to zawsze fajnie mieć zimne napoje pod ręką. Znajoma dała jej lodówkę. Na to ja zaproponowałam, że hej, skoro mamy lodówkę, to może przy okazji umyjemy też stare lodówki i wyrzucimy stare jedzenie. I niczym ta babka z perfekcyjnej pani domu, mówiłam jej, co ma wyrzucić i że jeśli majonez nie był otwarty, ale miał datę ważności do 2016, to i tak go trzeba wyrzucić. Jedzenie zostało odpowiednio ułożone na półkach, a ja miałam ochotę otwierać szampana. Zadowoliłam się tinto de verano, które ostatnio piję nagminnie. To czerwone, gazowane wino, czasem też z sokiem cytrynowym.

Jak było 10° mniej, to jednego dnia zwiedziłam cztery miasteczka:
– Setenil, gdzie domy są wbudowane w skały i wygląda to niesamowicie,
– Ronda – położona na krawędzi wąwozu El Tajo, dwie części miasta połączone są mostem na wysokości 98 m.n.p.m
– Cartajima – maleńka wioska z może setką mieszkańców i maleńkimi, wąskimi uliczkami,
Trzy powyższe to tzw. białe wioski (Pueblos Blancos), których jest tu pełno w okolicy.
– Juzcar – wieś w której wszystkie domy są niebieskie, znana też jako wioska smurfów. Jedno z dziwniejszych miejsc w jakich byłam, wygląda to nieziemsko, ale jakbym miała tam mieszkać, to chyba na dłuższą metę by mnie wkurzała ta wszechobecna niebieskość.
Praktycznie we wszystkich miejscach w Andaluzji w których byłam, da się dostrzec arabskie elementy, jest tu zdecydowanie bardziej orientalnie niż na północy. Wszystkie te miasteczka są też strasznie „żywe”, ludzie wychodzą wieczorami, bary są pełne. We wsi z setką mieszkańców jest więcej życia niż w moim 50-tysięcznym rodzinnym mieście.

I… odwiedziłam też plażę nudystów w okolicy Malagi, po raz pierwszy w życiu. Na początku nie mogłam opanować nerwowego chichotu, potem nie wiedziałam w którą stronę się położyć i gdzie skierować wzrok. Gdy drugi raz wchodziłam do wody, to pojawiło się przy mnie dwóch facetów, jeden koło 50-tki, a drugi łysy i brzydki. Ten pierwszy zaczął mówić po hiszpańsku, że zimna woda, więc powiedziałam tylko „si” i nie chciałam mu tłumaczyć, że nie mówię po hiszpańsku, bo nie chciałam z nim rozmawiać w ogóle. Po trzech minutach wyszłam z wody i obaj wyszli dokładnie w tym samym momencie, łysy i brzydki się uśmiechał i chciał łapać kontakt wzrokowy, więc całkowicie go ignorowałam. Po dwóch godzinach spędzonych na tej plaży uznałam, że to nie dla mnie, bo czuję się za bardzo naga i niekoniecznie chcę znać szczegółową anatomię wszystkich wokół. A można tam spotkać przekrój wszystkich ludzi, był nawet ojciec z dwójką 10-11 letnich dzieci (ale dzieciaki w kostiumach kąpielowych) i sporo rodziców z młodszymi dziećmi.

Jutro planuję wypad na Gibraltar, szczególnie, że jest tam 20° mniej niż tutaj. Zastanawiam się czy nie powinnam założyć czegoś ciepłego.