Na Camino podjęłam pewną decyzję. I potrzebowałam okrągłego miesiąca, żeby odważyć się opowiedzieć o tym mojej szefowej.Tu muszę wspomnieć, że pracuję w dość specyficznym środowisku organizacji pozarządowej. Otóż pracujemy na relacji, szacunku do drugiego człowieka, otwartości, podmiotowości – takie wartości przekazujemy dzieciom, które przewijają się przez naszą Fundację, ale też sami jesteśmy tacy w kontakcie. Co nie oznacza, że nie potrafimy trzasnąć drzwiami w burzliwej kłótni czy otwarcie mówić o tym, jak nam się coś nie podoba. Pokochałam to i naprawdę dobrze mi było w mojej pracy, która pozwoliła mi się stać tym, kim jestem obecnie. Było – ponieważ postanowiłam zrezygnować.

Pewnie byłoby łatwiej, gdybym pracowała w korpo i miała dosyć wyścigu szczurów, dostawania gwiazdek za zasługi, czy co oni tam właściwie robią (nigdy nie pracowałam w korpo, nie wiem, nie rozumiem). Ale u nas trochę jak w rodzinie, a często i lepiej. Miesiąc żyłam w stresie i zbierałam się do powiedzenia o swojej decyzji. Kiedy w końcu zaczęłam od typowego „musimy porozmawiać”, moja szefowa spojrzała na mnie ze zgrozą w oczach, po czym szybko powiedziała „o nie… ale ja nie chcę rozmawiać!”. Nie byłam w stanie nic z siebie wydusić przez jakieś dwieście lat, aż w końcu trochę płacząc i mocno się trzęsąc powiedziałam, że chciałabym zrezygnować z pracy. Powiedziałam też, że jedyne czego w życiu żałuję to, że nie miałam gap year, że zawsze chciałam podróżować i teraz jest na to najwyższa pora. I wtedy stał się cud – żadna z uprzednich wizualizacji w mej głowie nie okazała się prawdziwa. Moja szefowa powiedziała, że mam absolutną rację, to super pomysł, świetna decyzja i oczywiście wielka szkoda, ale kiedy jak nie teraz. No ludzie. I po co ja się tak stresowałam. Jeszcze tylko powiedzieć całej reszcie dokoła (w tym rodzonej matce) i mogę jechać.

A plan jest taki: wyjeżdżam w kwietniu (muszę podomykać jeszcze różne sprawy oraz poczekać, aż się zacznie sezon). Ogarniam sobie jakiś wolontariat na workaway (lub pracę, ale łatwiej będzie zacząć od wolontariatu), a konkretnie w jakimś albergue na Camino Frances w Hiszpanii, gdzie dadzą mi łóżko i jedzenie za kilka godzin pracy dziennie. By tam dotrzeć biorę swojego peugeota, pakuję do niego psa i trochę swoich rzeczy i jadę. Minusy planu – ja tak średnio umiem jeździć samochodem, więc mogę się zabić zanim tam dojadę. Nie powinnam tak pisać, bo jak rzeczywiście to się stanie, to wszystkim będzie głupio. Najzabawniejsze jest to, że najbardziej boję się bramek na autostradach – w ogóle nie wiem jak je się obsługuje. Mogę też nie trafić w środek bramki albo stanąć za daleko od okienka. Tak, taki mam poziom jazdy. A, i jeszcze może coś się stać z samochodem, a na to nawet nie mam pomysłu na plan B. Moja niebieska strzała w przyszłym roku skończy 17 lat i głupio by było jakby wypadł mi silnik np. w Niemczech (czy cokolwiek innego złego się dzieje z samochodami). Ale mam czas, mogę jechać tam tydzień albo i dwa, po drodze zatrzymując się w co ciekawszych miejscach i śpiąc pod namiotem. Wspominałam już o psie? Nie do końca wiem, jak zapatruje się na jazdę samochodem 3 tysiące kilometrów.

AAAAA przeprowadzam się do Hiszpaniiiiiii!!!!!!!!!!!!!!!!!!

PS. Chyba depresja mi mija.