Koleś z wielkim krzyżem, magiczne hippie miejsca, dzieci-pielgrzymi, a nawet morderstwo na Camino… Te i inne historie powracają do mnie, kiedy myślę o drodze.

Właśnie sobie uświadomiłam, że minęły dopiero 4 miesiące od mojego powrotu, a wlecze się to, jakbym przeszła Camino w poprzednim życiu. W którym byłam wysportowana, opalona i jadłam bocadillo con jamón. Teraz marznę, mam wiecznie obniżony nastrój i nie jem mięsa. Z tym ostatnim to akurat dobrze, w końcu to moja trzecia próba bycia wege, do tej pory najdłuższa (ostatnia skończyła się po tygodniu, kiedy to zapomniałam, że w bułce kebab z biedronki jest mięso, a przypomniałam sobie jak już zjadłam). No dobrze, wiem, że idealizuję Camino, zapominając całkowicie o katorżniczym chodzeniu, bólu mięśni i kości, wypierając to niczym ból porodowy (tak mówią). Ale opalona byłam rzeczywiście.

Co z tym morderstwem?! Pewnie można zadać takie pytanie. Ponoć jak opowiadam historię to zaczynam od tego, co tego dnia zjadłam na śniadanie. O jedzeniu już opowiedziałam, więc teraz opowiem inną historię.

Hippie miejsca
Przemierzając Camino można trafić na wiele dziwnych, nieoczekiwanych miejsc. Pewnego dnia idziemy, dużo pod górkę, więc mój harem, z którym to wtedy szłam, zostawił mnie w tyle. Górka w lesie, więc całkiem przyjemnie i wesoło czołgam się, z trudem łapiąc oddech, aż tu nagle droga się prostuje, a po środku lasu gra muzyka. Podczołguję się bliżej – a tu jakby stoisko z owocami, cupcake’ami, zimna cerveza, rozwieszone hamaki – no raj. I to wszystko za „co łaska”, czyli donativo. Jedyne przykre wspomnienie jest takie, że zmęczona nie zorientowałam się, że to donativo i dałam uśmiechniętej pani 20 euro sądząc, że wyda mi resztę, a ona po prostu wrzuciła kasę do skarbonki (takiej jakby nieotwieralnej, w sensie reszty się stamtąd nie dało wyciągnąć). Najdroższe piwo w życiu…

Innym hippie miejscem było coś w rodzaju opuszczonego domu, który kilkoro ludzi zmieniło w punkt odpoczynku dla pielgrzymów – wszędzie miękkie poduszki, stare meble, dywaniki, a do tego organiczne jedzenie i kompostowa toaleta. Też donativo, ale tym razem już byłam mądrzejsza, więc i kwota adekwatnie niższa.

Koleś z krzyżem
Słyszałam o nim od jakiegoś czasu. Aż pewnego razu zobaczyłam krzyż w albergue w Astordze, pozostawiony obok miejsca, gdzie wszyscy inni zostawiali buty. Koleś od krzyża. Młody chłopak, niosący oprócz plecaka, 9-kilogramowy krzyż, na którym ludzie składali swoje podpisy, modlitwy, czy co właściwie można napisać na krzyżu. Niestety nie udało mi się z nim porozmawiać (jak wychodziłam rano z albergue to krzyż jeszcze stał), a chciałam zadać pytanie, które musiał słyszeć setki razy – „ale czemu?”.

Dzieci-pielgrzymi
Dokładnie w tym samym albergue miałam przyjemność poznać małżeństwo z Irlandii z dwójką dzieci – 11-letnią dziewczynką i 10-letnim chłopcem. Widziałam ich wcześniej kilka razy jak ciągnęli wózek z bagażami, a dzieci energicznie szły. To były jedyne dzieci jakie widziałam na Camino. Gdyby ktoś mi, będącej w ich wieku, powiedział, żebyśmy przeszli tyle kilometrów, to nawet jeśli jakimś cudem bym się zgodziła (choć na pewno nie), to pewnie jakoś drugiego dnia bym się popłakała i odmówiła wstania z łóżka. A oni właśnie szli swoje Camino po raz TRZECI… Poczęstowaliśmy ich czekoladą z Astorgii, która ponoć jest stolicą czekolady w Hiszpanii. Czekolada jest gigantyczna, ale smakuje jak czysty cukier, który nawet widać w niej gołym okiem.

Morderstwo na Camino
To najgorsza historia jaką słyszałam, w dodatku całkowicie prawdziwa (googlowałam). Opowiedziała mi ją pięknego, słonecznego dnia pewna Koreanka. Otóż rok wcześniej, w lutym, na szlaku zaginęła młoda Amerykanka. W zimie jest znacznie mniej pielgrzymów, często idzie się samemu. Okazało się, że jakiś facet specjalnie domalował żółte strzałki w stronę jego domu, dziewczyna poszła za fałszywymi strzałkami, a on ją zabił, prawdopodobnie też zgwałcił i obciął ręce. Potem się tłumaczył, że chciał jej pomóc. Policja znalazła ciało w stanie znacznego rozkładu.
Jak usłyszałam tę historię, to przez pewien czas zastanawiałam się nad każdą strzałką, czy oby na pewno mam za nią iść…