Dotarłam do Santiago. A później działy się rzeczy, dlatego zaginęłam.

Ostatnie 20 km przed Santiago były jakimś koszmarem. Tuż wcześniej dwa dni z rzędu przeszłam po ok. 34 km i wszystko było w porządku, ale tego ostatniego dnia moje ciało już jakoś wiedziało, że to „tylko” 20 km w związku z czym wszczęło bunt i postanowiło pokazać, jak bardzo jest zmęczone 27 dniami chodzenia.Po wyruszeniu (rozdzieliliśmy się z Paulem i Elisą, wychodząc z założenia, że spotkamy się później), gdy było wciąż ciemno, już na samym początku zgubiłam się w miasteczku, które miałam opuścić. Po 15 minutach błądzenia w oddali zauważyłam innych pielgrzymów. Po chwili znalazłam się sama w gęstym, galicyjskim lesie, pielgrzymi z przodu zniknęli w gęstwinie, a ja przypomniałam sobie wszystkie najgorsze horrory, których akcja działa się w lesie. To był bardziej bieg niż normalne przejście przez las. Po paru kilometrach, już w kawiarni poza lasem, spotkałam Elisę, która przeżyła mniej więcej to co ja. Chciała nawet do mnie zadzwonić, ale… nie miała zasięgu. Stwierdziłyśmy, że dalej idziemy koniecznie razem.

Jakieś 4 km przed Santiago jest polskie albergue, o czym dowiedziałam się kilka dni wcześniej i postanowiłam je odwiedzić po drodze. Spotkałam polskiego księdza i nasza rozmowa przebiegła mniej więcej w taki sposób:

– Słyszałam kilka dni temu, że jest tutaj polskie albergue…
– Tak, sprzątamy teraz, jak w każdym albergue.
– Oczywiście, chciałam tylko się przywitać i powiedzieć, że kolejna Polka dotarła do Santiago…
– Aha.
–  No to ja już pójdę…
– Z bogiem.

I tak oto, tuż po ujrzeniu Santiago (albergue jest na górze, z której można pierwszy raz zobaczyć miasto), mój podniosły nastrój został zdeptany. Może to ja, może moje wygórowane oczekiwania, ale komukolwiek opowiadam tę historię, podziela moje zdanie, że można być milszym.

No i dotarliśmy do Santiago. Spodziewałam się, że będę bardziej płakać, ale byłam tylko poruszona. I to uczucie niedowierzania. I katedra taka piękna.

Potem cudowne spanie w hotelu, w końcu bez pobudki o 6:30. No i suszarka! Celebrowanie Santiago przebiegło raczej spokojnie. Byliśmy nawet na mszy, gdzie uruchomione zostało gigantyczne kadzidło, do którego obsługi potrzeba siedmiu mężczyzn i jest ono używane tylko kilka razy do roku. Kiedyś używano go, ponieważ pielgrzymi zwykli spać w kościele po przebytej drodze i raczej nie używali prysznica tak często jak obecni pielgrzymi…

Ostatniego dnia mojego pobytu na północy wybrałam się (już autobusem) 90 km nad Ocean, do Finisterra, czyli na sam koniec świata. Byłam przekonana, że będę tam sama, ale już przed wejściem do autobusu spotkałam moich znajomych czterech Polaków, a na miejscu z radością przywitał mnie Constantin, którego sądziłam, że już nigdy nie zobaczę. Spędziliśmy razem kilka świetnych godzin, pijąc szampana na skałach wybrzeża.

tatuaż

Ach, no i w Santiago zrobiłam tatuaż… Już drugi, pierwszy z uroborosem zrobiłam w kwietniu w Tarragonie, teraz wypełniłam go muszlą wskazującą mi tyle razy drogę. Teraz będzie wskazywać mi drogę już zawsze.

A teraz jestem już trzeci dzień w Tarrragonie u Marca, gdzie tylko czasem chodzę. I nie mogę przestać myśleć o Camino de Santiago.