Już dawno po świętach, ale to chyba od tego momentu powinnam zacząć – pojechałam wtedy do Polski, po prawie 9 miesiącach. Tym razem samolotem, jak normalni ludzie. Ale zanim się to stało, byłam na świątecznej kolacji z ludźmi z pracy, przez którą prawie straciłam samolot, nie pamiętam odprawy ani lotu – nagle obudziłam się w Polsce, a w samolocie z dumą ogłosili, że jesteśmy 20 minut przed czasem (dzięki, a mogłam spać 20 minut dłużej).Kolację można więc zaliczyć do udanych, później poszliśmy do klubu, a o 3:15 w nocy powinnam pójść do domu, by zdążyć na autobus na lotnisko. Finalnie jednak odwiózł mnie kolega bezpośrednio na lotnisko, co wywołało milion plotek, być może słusznych, z których to musiałam się wszystkim tłumaczyć po świętach.

W Polsce przyjemnie było wszystkich spotkać, zajrzeć do mojej starej pracy, spędzić święta z rodziną. I zauważyć, że nic się nie zmieniło, wszystko jest takie samo jak w momencie mojego wyjazdu. Zapomniałam już jak szybko się robi ciemno w zimie. I jak ciepło jest w domach z ogrzewaniem, a jednocześnie szaro i depresyjnie za oknem. Muszę przyznać, że jak wylądowałam znów w Hiszpanii, to na nowo dostrzegłam jak tu pięknie. Jak niebieskie jest niebo i morze, na drzewach rosną pomarańcze, a na trawie mlecze w styczniu. I nawet Murcja wydała mi się bardziej urokliwa. No i ciemno się robi dopiero po 18-tej. Zaraz po powrocie pojechałam z Fiestą na plażę, gdzie z satysfakcją mogłam sobie pochodzić w koszulce na ramiączka, w grudniu.

A co do ogrzewania w domu, to teraz jest jakby cieplej w nocy albo się przyzwyczaiłam. Istotną rolę odgrywa też moja piżama-strój tygrysa, którą dostałam na święta od siostry, i w której w zasadzie mogłabym chodzić wszędzie.

Tak też przywitałam naszą nową współlokatorkę – 25-letnią Julie z Belgii. Julie przyjechała na 7 miesięcy na wolontariat do organizacji dla ludzi z problemami psychicznymi. Jest bardzo miła i bardzo aktywna – w pierwszym tygodniu porozklejała w naszym mieszkaniu mnóstwo rysunków, chodzi na tandemy językowe, chce się spotykać z ludźmi z couchsurfingu i robić wszystko co się da, szczególnie, że pracuje tylko do 13:30, więc ma mnóstwo wolnego czasu. Dziś są jej urodziny i robimy dużą imprezę w mieszkaniu.

Czuję, że mamy ogromne szczęście z Julie (choć niestety nie mamy już pokoju gościnnego), bo do innego mieszkania wolontariuszy wprowadził się Martin, chłopak z Czech. Widziałam go tylko raz i czułam, że jest dziwny, ale nie potrafiłam wyjaśnić czemu. Zarówno Diana, jak i Julie, miały to samo odczucie. Ponoć nie myliłyśmy się – w ich mieszkaniu panuje ciężka atmosfera, Martin nie zgodził się na odwiedziny rodziny Marijany, z którą mieszka, choć potem postawił warunek, że jeśli się zamienią na pokoje (na zawsze), to on się łaskawie zgodzi, by przyjechali. Totalnie nie rozumiem jak mógł tak powiedzieć. Dziś będę go widzieć drugi raz, poczynię dalsze obserwacje.

W styczniu pojechałam dwa razy w odwiedziny na Sierra Nevada. Pierwszy raz z Franem z wymiany językowej, o którym pisałam w poprzednim poście. Historia z Franem skończyła się tak szybko, jak się zaczęła. Mianowicie irytował mnie przez cały weekend, nie rozumiałam dlaczego. Aż mnie olśniło – ja nic do niego nie czuję. Natomiast on chyba czuł coraz więcej. Rozmawialiśmy o tym w drodze powrotnej, wyjaśniłam mu co i jak, był przygnębiony, ale parę dni temu spotkaliśmy się na piwie, ot tak, już tylko dla rzeczywistej wymiany językowej.

Sierra Nevada, La Alpujarra

A drugi raz na Sierra pojechałam sama i było niesamowicie – była tam trzydniowa fiesta z okazji San Anton (Hiszpanie wykorzystują wszystkich bardziej znanych świętych do robienia hucznych imprez). Każdego dnia w zasadzie wyglądało to tak samo – procesja z orkiestrą i standardowym chodzeniem z figurą świętego, teatr przedstawiający historię wojny Hiszpanów z Muzułmanami z Północy Afryki, wojna między Moro (czyli właśnie tymi muzułmanami) a chrześcijanami – bardzo głośna, z pistoletami na proch (ale bez nabojów), dającymi straszny huk, jedzenie dla całego miasteczka, a wieczorem impreza w czymś w rodzaju sali gimnastycznej, dokładnie taka jak opisywałam kiedyś, czyli występy dwóch, trzech zespołów, zaczynające się od pasadoble i innej muzyki dla starszych osób, płynnie przechodzące w Despacito, Shakiry, Enrique i inne. Pierwszego dnia imprezowaliśmy do 9 rano, po to, by spać 3 godziny i świętować dalej, drugiego dnia już tylko do 7 rano, co dało jakieś 4 godziny snu. Poznałam Paolo, workawayowca z Włoch, który aktualnie pomagał mojej rodzinie ze Sierry, strzeliłam raz z tego pistoletu na proch (to jest naprawdę bardzo, bardzo głośne, wszyscy oglądając to zatykają sobie uszy), wielokrotnie były fajerwerki (Hiszpanie je uwielbiają), tańczyłam, piłam, Eduardo (czyli ojciec wszystkich braci ze Sierry) zabrał mnie do baru po drodze przedstawiając absolutnie wszystkim (Eduardo bardzo chce mi znaleźć męża, bo uważa, że są tam najlepsi mężczyźni), byłam też przebrana za Moro, to również tradycja.

Laroles, fiesta San Anton. Ja i Eduardo

Po powrocie z Andaluzji, Murcja niestety mimo wszystko wydaje się gorsza, więc za każdym razem jak stamtąd wracam, to jestem strasznie przygnębiona. Lub skacowana.

Za to w Murcji nadal jest mi bardzo dobrze na mym wolontariacie, nawet jak mamy pracę w polu i kopię z chłopakami milion dołów i całe ciało mnie boli to wiem, że robimy te doły po to, by później zasadzić tam winogrona i sprzedawać wino, więc ma to sens. Poza tym mamy też nowy projekt – myjnia samochodowa, którą zajmuję się ja z dwoma słabiej funkcjonującymi chłopakami z naszej grupy i dwoma z innej. Mam też pewien pomysł na swój projekt osobisty, ale jeszcze muszę przegadać, czy nie jest za bardzo odjechany, więc na razie cisza.

Zazwyczaj mało piszę o swoim życiu uczuciowym (a dużo się dzieje, polecam Hiszpanię ;)), bo raz, że mama to czyta 😉 dwa – nie z każdym chcę się tym dzielić, ale muszę się pochwalić. Dwa dni temu miałam pierwszą randkę tylko po hiszpańsku! Jestem z siebie bardzo dumna, choć przeogromnie się nią stresowałam. Randka udana, z baaaardzo przystojnym facetem, który pracuje popołudniami w mojej organizacji, więc w pracy się raczej nie widzimy. Mega przystojny. Mega mega.