Jestem w nowym miejscu. W kilka godzin przeniosłam się z domu zakochanej w psach i poświęcającej im życie Brytyjki do gospodarstwa samotnego, starego kawalera. Pożegnanie z Ann było rzewne i łzawe. Chwilę później wystawiła mi bardzo, bardzo pozytywny feedback na stronie workaway i wzruszający wpis wraz z moim zdjęciem na facebooku. No nie jestem w stanie jej po tym dać złego feedbacku. W sumie nie złego, a szczerego.

Droga do mojego nowego domu zajęła mi niewiele czasu, jestem tylko około 230 km dalej. I tak się żegnałam z Malagą, a mam tam tylko 2h drogi, więc chyba jeszcze tam wpadnę. Szczególnie, że w sierpniu Malaga ma swoje tygodniowe święto, więc na ulicach codzienna fiesta. Po drodze do Mecina Bombarón (czyli mojego nowego miasteczka) zahaczyłam o Nerję, miejscowość z wysuniętym w morze malowniczym balkonem (Balcon de Europa). Zaraz potem wyruszyłam dalej, a w zasadzie wyżej – kręta droga doprowadziła mnie na 1200 m n.p.m.

Nerja

Już pierwszego dnia zaczęłam pracę od zbierania pomidorków koktajlowych (których zeżarłam chyba tonę), kukurydzy i chyba też wyrywałam chwasty. Każdego dnia jest dużo pracy. Zaczynamy około 10 rano do 12, a potem od około 18 do 21. Jeśli narzekałam na zbieranie psich kup, to odszczekuję to. Praca na farmie to masakrycznie ciężka, fizyczna praca. Dziś wyrywaniem chwastów najpierw zrobiłam sobie burchel na palcu, który jakąś godzinę później pękł. W zasadzie mam w ogóle problem, żeby zginać palce. Ach, do tego jeszcze oczywiście jest całkiem ciepło (choć zamiast 46 stopni, jest jedynie koło 26-28), więc jak pracuję to wycieram pot we własną koszulkę. Jak wracamy do domu, to ledwo się poruszam.

Jestem już tutaj piąty dzień i jeszcze nie wyszłam nigdzie poza obszar gospodarstwa. Do miasteczka jest może 5 minut na piechotę, widzę je i słyszę ludzi z oddali, ale albo nie mam czasu, albo nie mam siły, przeważnie to drugie.

Najciekawsze jest relacja z moim nowym hostem. Ma na imię Francisco, w przyszłym miesiącu skończy 39 lat. Jest byłym nauczycielem hiszpańskiego z Cervantesa, przez kilka lat uczył na Słowacji, w Polsce i na Węgrzech. Po śmierci ojca kilka lat temu, wrócił na gospodarstwo, które odziedziczył. Zajmuje się głównie hodowlą warzyw i owoców, ma też kury i króliki. I marihuanę. Serio, i to całkiem sporo. Sprzedaje ją, raczej nie pali. A króliki zjada, choć ja stwierdziłam, że będę im nadawać imiona, a przecież nie można zjeść czegoś, co miało imię. Francisco stara się żyć jak najbardziej ekologicznie, niemal nie wydaje pieniędzy, je to co wyhoduje, a potrafi ugotować z tego cuda. Piecze własny chleb. Jest niesamowicie sprawny fizycznie, w momencie gdy ja spływam rzeką potu, on pracuje dalej jak maszyna.

I tak zamieniłam stare jedzenie w syfie na jedzenie i życie ekologiczne. Ann miała do picia głównie słodkie napoje i alkohol, tutaj tylko woda i Francisco postanowił sobie zrobić oczyszczanie organizmu w tym miesiącu, więc zero alkoholu. Aczkolwiek powiedział mi, że wie, że Polacy potrzebują pić, więc jeśli chcę, to może mi kupić alkohol. Ale może mi takie przystopowanie też dobrze zrobi.

To brzmi bardzo świetnie, takie ekologiczne życie, ale jak zmywasz naczynia bez chemii, tylko w occie jabłkowym i pierzesz ubrania też w tym, to… jednak możesz odczuć, że trochę to wszystko i tak brudne.

Pierwszego wieczora rozmawialiśmy o psach. Francisco ma od dwóch tygodni słodkiego szczeniaka o imieniu Hippie, ma też dwie kotki, z czego jedna ma kilkudniowe kociaki. Niestety Fiesta musi spać na zewnątrz, bo Francisco nie uznaje zwierząt w domu. Zwierząt, a jak się potem okazało, właściwie to psów. Zaczął opowiadać jak to z psa schodzą pchły i kleszcze na człowieka, a moje tłumaczenia, że to nieprawda, zdały się na nic. On ma taką manierę w rozmowie, którą dostrzegłam też u Inmy, mojej hostki z Hornillos, że jego prawda to tylko jedna prawda. Lubi podkreślić, że „przecież to normalne”, tak jakby to on wyznaczał normy. Moje spanie z psem jest oczywiście nienormalne, orzekł też, że mamy zbyt silną więź, bo on uważa, że pies powinien mieć przestrzeń i człowiek też. I w ogóle psy robią bałagan w domu, załatwiają się wszędzie i niszczą meble. Aż tu nagle wpada kot. I złapałam Francisco na przytulaniu kota i mówieniu o niej, że jest jego dziewczynką. Czyli po prostu okazało się, że „cat person”.

Następnego dnia jeden z królików umarł, co się ponoć dzieje dość często. W związku z czym Hippie dostał naciętego nożem królika, do ewentualnego podziału z Fiestą. Ale mój kochany, domowy pies, kompletnie nie wiedział o co chodzi. W ogóle nie była zainteresowana tym królikiem. A Hippie do dziś, czyli kilka dni później, biega czasem z króliczą głową…

Francisco drugiego dnia poprosił mnie o obcięcie mu włosów. Nie obcinał ich rok, wyglądały paskudnie, więc z radością zadebiutowałam w roli fryzjerki. Wygląda dużo lepiej, jestem zaskoczona swoim nieodkrytym dotąd talentem. W wolnych chwilach gramy też w szachy, dobrze, że w zeszłym roku się tego nauczyłam, bo to nasza główna aktywność poza pracą. Zawsze przegrywam.

Tego samego dnia robiliśmy też pomidorową ze świeżo zebranych pomidorów. Tutaj talentu nie mam, bo nigdy nie gotuję zup, więc wyszukałam przepis w internecie. I tutaj jak się okazało, Francisco również wiedział lepiej niż przepis i robił po swojemu… Choć zupa finalnie okazała się całkiem w porządku. No dobrze, muszę przyznać, że naprawdę dobrze gotuje. Mam momenty, kiedy mam ochotę go zamordować, nie cierpię, kiedy wygłasza swoje mądrości niepodważalnym tonem. Potrafi też opowiadać coś po hiszpańsku (nadal nie znam hiszpańskiego, więc w męczarniach rozumiem jakieś 70%) i nie może przestać, płynie tak z jednego wątku na drugi… Ach, jego angielski też pozostawia wiele do życzenia, muszę mówić bardzo, bardzo powoli, a i tak większość rzeczy muszę powtarzać, więc tracę cierpliwość i szukam słów po hiszpańsku (może to taki system). On traci cierpliwość jak czegoś nie rozumiem przy pracy, co jest częste, bo o roślinach wiem głównie tyle, że są najczęściej zielone i czasem dają owoce. Najczęściej milczymy albo on ma swój hiszpański słowotok. Ma też utarte zwyczaje, o których muszę pamiętać, jak zmywanie w lewym zlewie (tak po prostu), czy jedzenie na śniadanie zawsze tego samego. A z drugiej strony, kiedy widzę jak bez koszulki gotuje albo ugniata ciasto na chleb, to trochę chciałabym być tym ciastem. Albo jak mówi po polsku „kochanie” albo „cześć piękna”. Mam wrażenie, że załącza mi się syndrom sztokholmski, z jednej strony ciągle szukam innych opcji workawaya i chcę od niego uciec, a z drugiej spędzam z nim całe dnie.

Co do ucieczki nie byłabym pierwsza, w tym miesiącu jakiś Amerykanin zrezygnował po jednym dniu pracy, a inni ludzie przeważnie przyjeżdżają na tydzień, dwa. Francisco drugiego dnia mi powiedział, że mogę zostać tak długo, jak chcę, co mnie w zasadzie zdziwiło, bo na początku miałam wrażenie, że mu bardziej przeszkadzam niż pomagam, plącząc się pod nogami i ociekając potem. Teraz traktuję to trochę jak wyzwanie dla własnego umysłu i ciała, pracując za każdym razem myślę o tym, jak mam tego dość i jak mi ciężko, choć czasem mam myśli typu „ale będę fit!”.

Wczoraj pisałam ten wpis i nad nim zasnęłam, więc news z dziś – obudziłam się i nie było Fiesty. Teren jest niby ogrodzony, ale nie wszędzie. Po pierwszej części pracy nadal jej nigdzie nie było, więc poszłam jej szukać. Spotkałam po drodze sąsiada, który powiedział, że jak ją zobaczy to mi dać znać. Psa nigdzie nie było, wróciłam więc, wtedy do Francisco zadzwonił ten sąsiad, że widział ją. Poleciałam więc jeszcze raz we wskazane miejsce, no ale o dziwo na mnie nie poczekała, tylko znów zniknęła. Jakieś dzieciaki mi pomagały szukać. Wszystko to osnute łamanym hiszpańskim. Wróciłam znowu. Postanowiłam wziąć samochód i krążyć po okolicy. Wtedy na mój hiszpański numer zadzwoniła jakaś babka, że ma mojego psa i jest w barze. Francisco dał jej mój numer. Widocznie stałam się już znana w okolicy. Polka z psem, a w zasadzie bez psa. Fiesty nie było od świtu do 16, w największym upale, jest padnięta, a mnie spaliło słońce, choć nie sądziłam, że mogę być jeszcze bardziej opalona. Pies nie może ze mną spać w domu, na dworze uciekła… Pozostaje mi ją więc trzymać przywiązaną na dworze, podobnie jak pracujemy, bo nie może wchodzić do ogródka (ani żaden pies, koty mogą). To co usłyszałam od Francisco to, że „z psami są zawsze kłopoty”. Znowu nachodzą mnie myśli nad zmianą miejsca.