W końcu udało mi się obejrzeć film, który w całej Polsce obejrzało pewnie z 200 osób, bo nikogo więcej nie interesuje (serio, ilość ocen na filmwebie 151, w tym te „1” to moje), a pani siedząca w kinie obok mnie zasnęła. Film jest dokumentalny, a filmweb opisuje go jednym, zafiksowanym na liczbach zdaniem: „Dziesięciu podróżników zgłasza się, by przejść 1000 kilometrów w 40 dni”.

Już na samym początku tych „dziesięciu podróżników” jest przedstawionych jako super śmiałkowie, co to są silni, wspinają się na poręcze w autobusach, tańczą zumbę i rozpiera ich energia. Wygląda to tak, jakby całe życie trenowali i mogli obiec świat. Szykują się na wyprawę niczym do amazońskiej dżungli. I to pierwszy powód, dla którego po obejrzeniu filmu przestraszyłabym się Camino. Bo ja sapię jak wchodzę na swoje trzecie piętro albo jak szybciej idę. Moim głównym sportem jest leżenie z laptopem. Pomyślałabym, że na pewno nie dam rady i mogą to zrobić tylko takie silne chłopy jak z tego filmu. Otóż nie – jestem zdania, że Camino może przejść każdy. Przypominają mi się moje pierwsze dni, kiedy wyprzedzały mnie starsze panie lub ludzie z dużą nadwagą. Naprawdę, każdy. Choć w różnym tempie.

Ale uwaga, naszych dziesięciu śmiałków to tylko z pozoru takie niewrażliwe osiłki. Każdy z nich jest głęboko wierzący, a całą wyprawę organizuje ksiądz. Chłopaki codziennie uczestniczą w mszach (trzeba przyznać, że w bardzo ładnych miejscach) i bardzo, bardzo, bardzo dużo mówią o bogu. 80% tego filmu to gadanie o bogu. I to jest drugi powód, po którym mogłabym stwierdzić, że Camino jest nie dla mnie. W filmie jest ogromny akcent na religijność i można by pomyśleć, że osoby niewierzące omijają Camino szerokim łukiem. I tu mi się przypomina moment z filmu, kiedy jeden z bohaterów opowiada o swojej przeszłości pełnej narkotyków i przemocy i jest pokazany „on z przeszłości”, jak wsiada na motor i jedzie. Potem się nawrócił i zamiast motoru zaczął czytać biblię. Jak wszyscy wiemy, czarne charaktery poruszają się tylko na motorach, więc omijają Camino szerokim łukiem na motorach. Gdzieś tam wcześniej pisałam, że spotkałam może z 50% osób, które robiły drogę z powodów religijnych i też jakoś bardzo nie afiszowały się z tym. No może poza kolesiem idącym z wielkim krzyżem.

Z pozytywów, to oczywiście były momenty, kiedy oglądając miałam łzy w oczach, bo powracały moje własne wspomnienia. Jeden z chłopaków szedł i ktoś go zapytał jak się dziś czuje, a on na to „zmęczony… ale szczęśliwy” – to zdanie, które sama mogłabym powiedzieć idąc te kilka miesięcy temu. I pierwszą część wielokrotnie mówiłam.

Do tego chłopaki zrobili Camino Norte, czyli nie tę samą trasę co ja, ale trudniejszą. Widać było, że jest dużo bardziej górzysta, choć szli też czasem po plaży. Sama trasa wydaje się być dziksza i nie tak „cywilizowana” jak Camino Frances. Padają słowa o tym, jak Hiszpania jest piękna – zdjęcia w filmie są boskie, sporo kręconych z drona.

Dla widoków można film obejrzeć. I dla jednej śmiesznej sceny, jak udają, że mówią po hiszpańsku. Ale najlepiej nie oglądać wcześniej, tylko przejść Camino samemu, nie spojlerując sobie wcześniej widoków.

*zdjęcia pochodzą z materiałów promocyjnych filmu „Śladów stóp”, filmweb.pl