Wszyscy znów wstali ku memu zdziwieniu o 6. Nie rozumiem tego. Starałam się jeszcze spać, ale nawet światło zostało włączone. W trybie zombie zeszłam więc na dół albergue, do kuchni, gdzie czekał mój znajomy Litwin. Wyruszyliśmy po krótkim rozciąganiu.

Dzisiejsze moje chodzenie można określić hasłem ból, beznadziejne  tempo i może-się-tu-po-prostu-położę-i-umrę. Oboje wiedzieliśmy z Paulem (Litwinem), że jestem wolniejsza, każda górka pozostawiała mnie w tyle. Po połowie drogi na szczęście mnie zostawił, bardzo było mi dziś potrzebne własne tempo i nie zwracanie uwagi na innych. Zdałam sobie też sprawę, że zawsze będzie szybszy – jest facetem o wzroście ok. 180cm, nie ma więc opcji, żebym nagle szła jak on, szczególnie mojego drugiego dnia, a on zaczął w Pirenejach.

Bardzo powoli doszłam do Estelli, którą minęłam trochę niechcący w poszukiwaniu albergue. Zatrzymałam się 2 km dalej, gdzie spotkałam znów Konrada z Polski. Po prysznicu znów zapadłam w drzemkę graniczącą z utratą przytomności (i znów zimnem), Konrad mnie obudził na kolację, którą zjedliśmy z parą Niemców – ojcem i córką. Trzy języki przy jednym stole, bo ja niestety niewiele pamiętam z mojego niemieckiego, więc trzeba było mi tłumaczyć po agnielsku lub po polsku. Po kolacji wyszliśmy przed albergue, gdzie spotkaliśmy grupę sześciu polskich rowerzystów, rozważających czy zostać tu czy jechać dalej. Pojechali dalej, ale być może spotkamy się na wspólnym śniadaniu jutro.

Marc miał rację – niemożliwe jest być samemu na camino. To miłe.