Sierra Nevada brzmi jak coś na Dzikim Zachodzie. I można powiedzieć, że trochę tak wygląda, bo oto trafiłam do miejsca, w którym mieszka jeden z ostatnich kowbojów, wypasający wolno żyjące krowy. To mój host, wraz z Clarą, jego francuską żoną. Do tego jeszcze mnóstwo członków rodziny. Plan był taki, że będę tutaj głównie sama, że pewnie może mi się trochę nudzić, więc dobrze by było, jakbym miała coś do czytania. Czasami będą wpadać rodzice Antonia.Tak mi mówiła Clara. Clara i Antonio wyjeżdżają za tydzień na wakacje do Francji, więc potrzebowali kogoś, kto się zajmie w tym czasie zwierzakami. Rzeczywistość jest taka, że jestem tutaj już 8 dni i dopiero teraz nastąpiła chwila, kiedy to jestem zupełnie sama. Chwila ta ma trwać tylko około godziny, co w przeliczeniu na czas hiszpański daje mi jakieś 3 godziny samotności.

Od momentu jak tylko przyjechałam, zanurzyłam się w intensywne życie społeczno-rodzinne. Oczywiście nikt poza Clarą nie zna angielskiego, do tego dialekt andaluzyjski jest dość nieoczywisty, bo to jak pół języka – przeważnie nie wymawiają „s”, więc nawet liczenie, które normalnie brzmi „uno dos tres” tutaj jest jak „un do tre”. „Gracias” to „gracia” a „adios” to „adio”. Co się dzieje z ich systemem edukacji, że nawet dzieci i nastolatki, które mają w szkole angielski, potrafią się jedynie przywitać, a jak znają liczby do dwudziestu to już są z siebie strasznie dumne… Ale o dziwo rozumiem coraz więcej, a najwięcej Antonia – to całkiem zabawne, bo czasem mi tłumaczy co ludzie mówią z hiszpańskiego na hiszpański.

To nasz salon z kuchnią

I tak dołączyłam poniekąd do rodziny. Mieszkam w cortijo, czyli typowym domu na wsi. Reszta rodziny tu nie mieszka, ale wygląda na to, że spędzają tu mnóstwo czasu, włącznie z nocowaniem. Tylko Antonio i Clara tu nie nocują, a w domu w miasteczku (oczywiście białym jak wszystkie wkoło) oddalonym 15 minut samochodem. Mają dwójkę dzieci, 3-letniego Diego i 6-letnią Anamarisę, którzy odkąd tylko zaczęli mówić, są dwujęzyczni. Clara jest w ogóle multijęzyczna, bo jej rodzimy język to francuski, ale zna też niemiecki, hiszpański, włoski i angielski i nie ma żadnych problemów z przełączaniem się – rozmawia z kimś po francusku, by w następnym zdaniu rozmawiać z kimś innym po niemiecku. Do tego jest edukatorem młodzieży, polega to na tym, że ma pod opieką dwójkę nastolatków, którzy naprzemiennie z nimi mieszkają. Katty z Niemiec i Filipa z Luxemburga, którzy już oczywiście mówią innymi językami niż tylko swoimi (a Filip chyba nawet czterema, choć ma 16 lat). Są w specjalnym projekcie i mieszkają w jakimś ośrodku. Katty „tylko” chciała podpalić dom ze swoją matką w środku, a Filip nawet nie wiem co. Ale są uroczy, oboje, choć mają swoje trudności. A Clara jest pierwszą osobą, którą poznałam od momentu opuszczenia Polski, która wie, co to szkoły demokratyczne. I cierpi, że jej dzieci nie mają tu takiej opcji, choć myślała o homeschoolingu, ale nie chce, by były wyobcowane ze społeczeństwa. I w ogóle mamy bardzo podobne podejście do dzieci i zwierzaków.

Mułki. Ponoć silniejsze od koni, a łatwiejsze do współpracy niż osły

Z kolei Antonio ma stadko krów, które sobie chodzi gdzie chce w górach. On co jakiś czas tam jedzie na koniu, żeby je przeliczyć, sprawdzić czy wszystko z nimi w porządku, czasem niestety sprzedać małe krówki, jak się działo ostatnio. Musieliśmy zagonić wszystkie krowy i byki na ogrodzony teren w lesie, by potem „wyłuskać” małe krówki płci męskiej. Antonio robił to na koniu i z trzema psami, w tym jednym border collie – cudownie jest patrzeć na pracujące psy. Niemal cała rodzina też pomagała, a ja prawie dostałam zawału, kiedy krowy biegały wokół mnie. Potem matki małych krówek przychodzą jeszcze przez kilka dni i je nawołują, co jest straszne. Mentalnie robię się tu jeszcze bardziej wegetariańska niż byłam. Ale tylko mentalnie, bo żeby nie robić problemu, nadal nie jem mięsa, ale jak jest w potrawie to je po prostu zostawiam z boku, żeby nie trzeba było specjalnie dla mnie gotować.

A wracając do Antonia, to jest znany w okolicy z tego co robi, bo normalnie wszyscy trzymają krowy na małym ogrodzonym terenie i karmią je na potęgę, żeby jak najbardziej nabierały masy. Żeby było zabawniej, to zna też Francisco z mojego poprzedniego workawaya – nie jakoś dobrze, ale kojarzy kim jest. I śmiał się, że pewnie z Francisco miałam bardzo dużo pracy na farmie, a tutaj będę miała wakacje. I w zasadzie tak jest, jedyne co muszę robić to karmić zwierzaki rano i wieczorem. A jest tu kilka psów, kotów (w tym małe kociaki), kury, cztery konie i pięć mułów. Daje im jedzenie dwa razy dziennie, nie zajmuje mi to więcej niż godzinę. Pomagałam też przy podkuwaniu jednego z mułów, jeżdżę z Antonio po siano, bo robimy zapasy na czas jak ich nie będzie. I piję dużo piwa z Antonio, bo zawsze jakoś po drodze trafiamy do baru. A po sprzedaniu małych krówek był tak zadowolony, że zostaliśmy w barze do 5 rano, innym razem do 3… Taka trochę abstrakcja – ja, wciąż nie potrafiąca mówić po hiszpańsku, i paru Hiszpanów przy piwie.

Widok na połowę gospodarstwa. Prowadziłam samochód, który stoi na środku. Innym razem prowadziłam też samochód Clary – po raz pierwszy z automatyczną skrzynią biegów. Oj z takim samochodem nie miałabym problemów z górkami…

W cortijo są także rodzice Antonia – Eduardo, który zajmował się tym samym co Antonio, i Carmen – która jest profesjonalną kucharką, ale muszę przyznać, że jakoś tak te jej jedzenie nie jest nie wiadomo jak super, wszystko dość proste i tłuste. Antonio ma trzech braci, z których część ma żony/dziewczyny i dzieci i też bywają tu regularnie, zazwyczaj nocując. Jest więc intensywnie i gwarno.

Patio. Tu spędzamy najwięcej czasu grając w gry.

Pierwszego dnia, kiedy obudziłam się z rana, miałam czekać na Clarę i Antonia, żeby powiedzieli mi, jakie ilości jedzenia powinny dostać zwierzaki. Zjawili się jednak dopiero po 13, w związku z czym siedziałam przez cztery godziny z rodziną, której nie znam i która nie potrafi się ze mną porozumieć. Do tego dzień wcześniej dużo wspominali poprzedniego workawayowca, chłopaka z Niemiec, który też nie znał hiszpańskiego i cały czas siedział w swoim pokoju. Trochę mu się nie dziwię, ale przez niego w ogóle staram się tego nie robić. Teraz jest już dużo lepiej, wszyscy oswoiliśmy się ze sobą, a ja też coraz więcej rozumiem i czasem nawet mówię. Może to i dobrze, że Clara, która jako jedyna mogłaby być dla mnie tłumaczem, bywa tu w zasadzie rzadko, bo dzięki temu jestem zalana językiem.

Spędzamy czas głównie grając w gry – domino i czasem szachy, dzieciaki dużo siedzą w dmuchanym basenie, a ja dziś wybrałam się z Clarą i jej dziećmi na normalny basen. Tutaj w zasadzie w każdej wiosce jest basen „wiejski”. Parę dni temu uczestniczyłam też w dziwnej tradycji, polegającej na surfingu z końmi. Idzie taki koń w parze z innym po sianie, mają za sobą deskę, która się ślizga i człowiek (w tym przypadku Antonio i kilku jego starszych znajomych) wskakuje na tę deskę i surfuje. Jest to dziwne, występuje tylko w tej okolicy, ale jest to okazja do kolejnej fiesty – widzowie przy tym piją i jedzą. Potem mieliśmy iść oczywiście dalej do baru i Antonio kazał mi usiąść z nim na koniu (a w zasadzie mule). Przejechał ze mną przez całą wioskę, by finalnie zjechać na grzbiecie muła również ze schodów. Nie wiem co mi podniosło bardziej adrenalinę – jazda na mule czy polowanie na krowy. Moje doświadczenie w jeździe konnej jest bardzo znikome, więc zdecydowanie wolę z nimi obcować, gdy stoję na własnych nogach.

Surfing z końmi. Tylko w okolicy La Alpujarra

I tak wygląda obecnie moje życie. Wbrew pozorom każdy dzień jest inny i ciągle dzieją się jakieś przygody. Czuję się jak na wakacjach na wsi. Antonio kilka dni temu powiedział, że jeśli po ich powrocie będę chciała zostać dłużej, to jak najbardziej mogę, Clara dziś powiedziała to samo.

Ach, i od początku spędzam czas niestety też na leczeniu Fiesty. Jej stan się na początku pogorszył, wygryzienie powiększone, więc po paru dniach nieudanych prób leczenia, pojechałam jeszcze raz do weterynarza, tym razem z Antoniem. Dostała leki antyhistaminowe i kołnierz, żeby się nie gryzła, bo roznosi sobie bakterię. Jest dużo lepiej, choć biedna, nadal w tym kołnierzu siedzi cały czas w pokoju, żeby nie brudzić rany. I z Antoniem zapłaciłam za wizytę 20 euro, a nie 35.

I jakiś tam widok na Sierrę, pełno tu takich