Po latach szerzenia idei unschoolingu wróciłam do szkoły. Z trwogą zasiadłam w pierwszej ławce. Dziś miałam pierwszą lekcję hiszpańskiego w Fundacji Atalaya, zajmującej się uchodźcami i migrantami. ZA DARMO! Mogę przychodzić codziennie. Na 14 osób byłam jedną z dwóch białych. I jedną z dwóch osób, które dziś dołączyły do grupy – bo można dołączyć w każdej chwili, przez co niektórzy mówią, rozumieją, a ja… no jeszcze nie. Jedynie pojedyncze słowa i kontekst. Do tego jedyny dozwolony język na lekcji to hiszpański. Za mną siedziały dwie Rosjanki, które myślałam, że uduszę, bo miały przedziwną manierę poprawiania innych podczas czytania (choć same nie czytały jakoś super). W innych rzędach sami ludzie o ciemniejszej karnacji, poza jedną dziewczyną z Ukrainy. Grupa młodych chłopaków, nadających klimat niczym w liceum, bo profesor zaczął od rozsadzenia ich. Nie mam pojęcia czy ktokolwiek poza mną mówi po angielsku. W przerwie rozmawiałam z Rosjaninem z innej grupy, po hiszpańsku, więc głównie on mówił. Jestem pod wielkim wrażeniem Fundacji – myślę, że świadczą ogromną pomoc, zarówno językową, jak i urzędową czy przy znalezieniu pracy. Do tego wszyscy są przemili. A w przerwie z uśmiechem dają darmową kawę i wafelki. Choć sama lekcja dość kosmiczna – ja wiem, że z wyglądu sprawiam wrażenie inteligentnej, ale to, że rozumiem, to tylko pozory. Tak czy inaczej, zamierzam jeździć tam codziennie.

A wszystko zaczęło się od małego dramatu, jakim był wyjazd Adriana. Zanim wyjechał, byliśmy jeszcze na La Noche Blanca w Burgos – coś jak nasza Noc Muzeów, wszystko otwarte, wszędzie coś się dzieje, jedna wielka impreza na ulicach, laserowy pokaz na katedrze, no normalnie wszystko. A z knajp wszyscy zabierają kieliszki, piją z nich chodząc po ulicach, a potem zostawiają gdzie popadnie. Już wtedy wiedziałam, że Adrian następnego dnia wraca do Galicji, więc po kilku ginach z tonikiem, piwach, chupito i nie pamiętam po czym jeszcze, był mały lub większy dramat, nie pamiętam do końca jego rozmiarów. Ale w granicach rozsądku. Wróciliśmy o 7:30 rano do Hornillos. O 18:00 wyjechał, żegnając się z każdym kto się napatoczył. Morze łez wylałam tego dnia, nie wyobrażając sobie zostania tu samej, bez niego. Bo trzeba przyznać, że poza niefortunnym pytaniem, które zadał dwa wpisy wcześniej, był mi tu najbliższą osobą, z którą spędzałam każdą chwilę. Był moim przyjacielem, a w zasadzie kimś więcej, bo chemia między nami nie zniknęła i każdy uważał, że jesteśmy parą (z resztą chodziliśmy czasem objęci albo za rękę, więc wyglądało to dość jednoznacznie). Znam jego przeszłość, znam jego problemy i przemyślenia i nie potrafię patrzeć tylko przez pryzmat tego durnego pytania. Dzięki Adrian za wszystko, może kiedyś to przeczytasz, jak już Twój poziom polskiego wyjdzie poza „Fiesta, chodź”, „do mnie” i „łapa” (czyli tzw. polski dla psów).

Jeszcze tego samego dnia, po ponownym wylaniu morza łez i ponownym odsypaniu całonocnej imprezy, obudziłam się z zapuchniętymi oczami i poszłam na spacer z Fiestą. Spotkałam Emmę i to ją zapytałam o szkoły językowe w Burgos, poszukując nowego celu w życiu. I to Emma poleciła mi Fundację Atalaya i tak rozpoczęła się moja nowa przygoda.

Problem jest taki, że mam coraz mniej czasu, a dni są coraz bardziej intensywne. To oczywiście dobrze, bo nie mam kiedy tęsknić za Adrianem, jest coraz lepiej. Pierwszego dnia nawet krzesło mi go przypominało, bo przecież na nim siadał. Już nie wspomnę o widoku jego pustego pokoju. Natomiast ostatnim wpisem chyba odczarowałam koreańską klątwę braku masażu – mam je codziennie, dotychczasowy rekord to trzy masaże w ciągu dnia (nie chcę więcej), łącznie jakaś godzina z kawałkiem za 80 euro. Chyba wpadłam w swój standardowy wir łapania się za wszystko, jak w Warszawie. Dziś nie miałam kiedy zjeść, bo gnałam do Burgos na lekcję. Jutro przyjeżdża nowa babka z Kanady (z korzeniami bodajże chińskimi), Inma już też zauważyła, że z takim trybem za szybko się wykończę, więc będziemy pewnie myśleć nad przearanżowaniem moich zajęć.

Ciekawostki z albergue:
– wczoraj stworzyłam koreański pokój, 12 osób tylko z Korei. Zastanawiałam się czy dla żartu nie dokoptować tam kogoś nie z Korei, czułby się jak na wakacjach w Azji. I zastanawiałam się też, czy ludzie nie pomyślą, że robię jakąś segregację rasową.
– dziś nocuje w naszym albergue 80-letni Włoch. Jakiś czas temu wspominałam o 83-letnim Włochu. Nie wiem co z nimi jest, ale chyba lubią sobie pochodzić na starość.
– obrzydliwości z albergue – ktoś obciął paznokcie i wszystkie je znalazłam pod łóżkiem. Fuuuuu!!!!
– ludzie codziennie coś zostawiają (nie tylko paznokcie), najczęściej niechcący: z rzeczy znalezionych/zagubionych są głównie ciuchy, ale mam też książkę Kinga po angielsku, kalendarz z Małym Księciem, ktoś zostawił nawet kindla. Ach, i niemal codziennie znajduję monety.