Kolejny raz chylę czoła przed umiłowaniem Hiszpanów do imprez. Jestem po obchodach Wielkiej Nocy i rozpoczęcia wiosny. W zasadzie to już nawet nie chcę weekendów, wystarczy.Tuż przedtem wyjechałam jeszcze z moją grupą Aspergerów na trzydniową wycieczkę w góry. Było to ciekawe doświadczenie, nagle znaleźliśmy się w mej ukochanej Andaluzji, choć na granicy z inną prowincją (Castilla-La Mancha), bez zasięgu, w dwóch domkach wyglądających jak postawionych na skałach. Zdarza się, że osoby z Aspergerem mają trudności z motoryką, więc jak się wybraliśmy w góry, na bardzo łatwo trasę, to wyglądało to co najmniej jak wyprawa do Mordoru.

Potem była Wielkanoc, podczas której odwiedziła mnie przyjaciółka. Oddawałyśmy się świętowaniu w każdy możliwy sposób, czasem nawet coś zwiedzając. I oglądając procesje, zazwyczaj nawet gdy tego nie chciałyśmy, bo a to ulice były zablokowane i trzeba było wszystko okrążać, a to po powrocie z imprezy o 6 rano, procesyjny Jezus zaglądał w me okno o 8:30. Naturalnie z głośną orkiestrą.

Potem było słynne Bando de la Huerta, ogromna impreza rozpoczynająca tydzień powitania wiosny (jak wiadomo, każda okazja jest dobra), a wszyscy ubrani w tradycyjne stroje (i ja też!). I mówiąc ogromna, nie mam na myśli, że było sporo ludzi. Nie. Otóż każda ulica w mieście była pełna ludzi. Samo centrum wyglądało niczym morze Murcjanów. Wszystkie kluby i bary powystawiały stoiska z tanim alkoholem na zewnątrz, impreza na ulicach, wszędzie muzyka. A w dalszych częściach miastach, na trawnikach porozstawiane grille, całe rodziny się bawią. I jest to dzień wolny od pracy, tylko w Murcji. We wszystkich parkach w Murcji zostały zbudowane specjalne ogródki z alkoholem i tapasami – na cały tydzień, ale główna impreza to właśnie Bando de la Huerta, czyli w tym miesiącu 3. kwietnia. Nie spodziewałam się tak ogromnej skali tego wydarzenia. Świętuje się cały dzień, aż do późnych godzin nocnych. Niestety ma to też swoje minusy – od rana było widać pijaną młodzież, czasem młodzież to za duże słowo, wręcz dzieciaki. Im później tym więcej było słychać karetek. Ja osobiście skończyłam w moim ulubionym klubie, w którym jestem w zasadzie w każdy weekend, tym razem nie mam pojęcia o której godzinie wyszłam.

A potem było nadal świętowanie początków wiosny – każdego dnia parady. I tutaj mój niezwykle śmieszny żart, że najpierw Hiszpanie przez tydzień wyprowadzali na spacer Jezusa, by potem wyprowadzić… Sardynkę. Otóż to. Bo oto mamy święto kończące ten szalony tydzień – Pogrzeb Sardynki. W innych rejonach Hiszpanii, jest to impreza zamykająca okres karnawału, a potem jest Wielki Post. Ale że Murcja to stan umysłu, to tu dzieje się to tydzień po Wielkiej Nocy. Sardynka jest symbolem postu i abstynencji. Dzień wcześniej odczytywany jest jej testament, nawiązujący do wydarzeń politycznych i aktualnych z regionu. A następnego dnia jest wieeelka parada. Tego dnia byłam w mieszkaniu innych wolontariuszek, których balkon wychodzi na jedną z ulic, którą idzie parada. Widziałyśmy więc dokładnie wszystko. Na początku jest to ciekawe, ale trwa zdecydowanie za długo. Bo jeśli parada trwa trzy godziny, to pod koniec tak naprawdę chcesz tylko, żeby się już skończyła. Jest jeszcze coś, co mi się nie podoba. Pod koniec rzucane są ludziom plastikowe gadżety – piłki, gwizdki i mnóstwo innych chińskich niepotrzebnych rzeczy. Ludzie się niemal o to biją. Rzeczy są zrzucane z biorących udział w paradzie samochodów ciężarowych, a obok każdego samochodu idą poprzebierani ludzie z pochodniami – tylko po to, by publika nie rzuciła się po chiński badziew. A jest tego mnóstwo, więc potem wszyscy wychodzą z reklamówkami (rozdawanymi na początku) niepotrzebnych nikomu rzeczy. No bo ile możesz mieć gwizdków?

Choć parady mają też rzeczy ładne – układy taneczne, pompowane gigantyczne balony, wielkie pterodaktyle, ludzi na szczudłach… długo by wymieniać. Na pewno jest to bardzo ciekawe i warte zobaczenia. Na tyle, że ludzie rezerwują sobie i opłacają krzesła na trybunach po obu stronach parady.

I na koniec rzeczywiście pali się Sardynkę. Na placu jest ustawiona wielka papierowa kolumna, na szczycie której jest papierowa, duża Sardynka. Sardynkę się pali, potem oczywiście fajerwerki. Chyba każdego dnia w tym tygodniu były fajerwerki, mój pies jest coraz bardziej na nie obojętny. Poniżej wrzucam jakieś losowe zdjęcia z parad i Pogrzebu Sardynki.

Później na jakiś czas wszystko w moim życiu wróciło do normy, bym po chwili wyjechała na mój drugi trening EVS. Tutaj pisałam o pierwszym. Tym razem wyjechaliśmy do Andaluzji, więc skakałam z radości, bo udało mi się za darmo zmienić bilety autobusowe (za które płaci UE), bym została później na weekend w Maladze.

Sam trening był 100 km od Malagi, w małej miejscowości z paroma barami, za to z wielkim ośrodkiem szkoleniowym. Łącznie było nas około 100 osób. Szkolenia mieliśmy w grupach 20-paro osobowych. Chyba jestem średnią fanką tego typu szkoleń – pierwszego dnia bardzo dużo osób narzekało na swoje projekty, ja za to uwielbiam swój, więc jeszcze bardziej poczułam, jakie mam szczęście (i jak tracę 5 dni swojego projektu na rzecz szkolenia). Potem puste frazesy jak to bardzo jesteśmy przyszłością Unii, jak to świetnie, że pomagamy i czego to się uczymy. Ja bardzo lubię konkretne rzeczy, konkretną wiedzę, więc to, co mi się przydało, było ostatniego dnia – wymiana pomysłów, łącznie z linkami do stron, na temat tego, co możemy robić później. Bardzo mi się też podobał drugi wieczór, a mianowicie przedstawienie na scenie swojego regionu Hiszpanii w wybrany sposób. A że my jesteśmy maleńkim regionem, to wszyscy w Murcji się znamy i tworzymy silną grupę na tle innych. I przedstawiliśmy Bando de la Huerta właśnie jako dokument, gdzie my mówimy w dialekcie z Murcji, a narrator tłumaczy na hiszpański. Ogólnie rzecz biorąc pokazaliśmy pijanych wrzeszczących ludzi, „zamarzając” w momentach tłumaczenia.

Trening to oczywiście okazja do poznania mnóstwa nowych ludzi, z różnych części Europy, w tej chwili mieszkających w różnych częściach Hiszpanii. Choć muszę przyznać, że najwięcej byłam z Marijaną i z Fabiolą, z którymi zazwyczaj spędzam weekendy i nie bardzo miałyśmy chęci, by poznawać innych. No jak już ktoś zagadał, to odpowiadałam, niech tam.

A potem wszyscy się porozjeżdżali, a ja spędziłam trzy dni w Maladze, samiuteńka, odpoczywając od kontaktów międzyludzkich, co nie do końca jest prawdą, bo w Maladze było mnóstwo osób. Nie wiem czy przez Festiwal Kina, który akurat tam był, czy po prostu zawsze tyle było. Chodziłam sobie po uliczkach, które tak lubię, byłam na plaży, natrafiłam na mój zespół uliczny, który zawsze gra, kiedy jestem w Maladze. Wzięłam też udział w jednym z Free Tour – czyli wycieczce z przewodnikiem, po której płacisz ile chcesz. Chłopak, który nas oprowadzał, był trochę zestresowany, do tego jego angielski był dość słaby, ale w miarę zrozumiały. A na koniec wszyscy mu dawali 5 albo 10 euro (muszę przyznać, że odwróciłam się na pięcie i zniknęłam. Przepraszam, jestem wolontariuszem). I to mi dało do myślenia, że… mogłabym to robić. Uwielbiam Malagę, mogłabym się poduczyć co nie co i zarabiać w ten sposób. Nie jest wymagane żadne wykształcenie ku temu, szczególnie, że tego typu wycieczki opierają się bardziej na ciekawostkach niż na wiedzy z architektury XVII wieku. Do tego mój angielski jest dużo lepszy, a polski to już w ogóle. I plan jest taki, że będę to robić, jak skończę projekt w Murcji. A na razie, żeby potrenować, przez wakacje mogę popróbować w Murcji i zobaczyć, czy w ogóle chcę to robić. I w Maladze chciałabym mieszkać nie w mieście, ale w białym miasteczku w okolicy, w domu z ogródkiem…