Przyjechała Mae, chinko-kanadyjka. Trzeciego dnia pokłóciła się z Inmą, zrezygnowała z wolontariatu w albergue i przeniosła się do koreańskiej restauracji. Poboczną konsekwencją tego jest to, że jestem pół workawayowcem – to znaczy sprzątam albergue w zamian za pokój i śniadanie, a resztę jedzenia zapewniam sobie sama. Popołudniami mogę też robić masaże (bo były dwa dni, że Inma mi tego zabroniła), choć przez aktualne upały nie mam żadnych chętnych. To tak w telegraficznym skrócie, bo ani to ciekawe, ani nie chcę się już w to znowu zagłębiać, poniekąd rozumiem obie strony konfliktu.

A co do samej Mae, to napisała, że ma 56 lat. Wygląda na tyle albo i mniej, ma „młodzieżowo” obcięte włosy, momentami jest dość szalona… Pewnego razu powiedziała mi, że tak naprawdę ma lat 70, ale nie chciała tego napisać, bo kto by ją wziął na workawaya, każdy by się obawiał, że następnego dnia znajdzie zwłoki. Musiałam sprawdzić jej paszport, kompletnie nie mogąc w to uwierzyć.

Zmieniłam zajęcia z hiszpańskiego w szkole na grupę poranną, czyli na 11:00. Mae dołączyła do mnie, więc jeździmy codziennie do Burgos. Mój dzień wygląda więc teraz tak, że budzę się o 7, sprzątam albergue, potem lekcja, a potem ewentualne masaże, których ostatnio nie mam. Nie za wiele więc się dzieje. Powoli przymierzam się do zmiany miejsca, myślałam o zostaniu tu jeszcze na lipiec, ale prawdopodobnie nie ma wtedy hiszpańskiego, więc przestaję widzieć potrzebę mieszkania tu dłużej, biorąc pod uwagę, że miałabym tylko sprzątać rano i nic więcej. Bo jak już wspominałam dwa razy, nie ma masaży. No nie ma, koreańska klątwa powróciła. Za to jest tyle innych pięknych miejsc w Hiszpanii.

Na pewno będzie mi brakować Camino i albergue. Jakiś czas temu gościłam u nas parę Polaków z 9-miesieczną Oliwką. Szaleni, idą z nią nie krócej niż pielgrzymi niosący tylko plecaki, śpią w namiocie, choć czasem w albergue. Niestety Camino z dzieckiem to trochę jak Camino z psem – nie wszędzie da się przenocować, łatwiej jest więc wziąć namiot. A Oliwka jest przecudna, raczkowała sobie w albergue, cały czas się uśmiechając. Ich drogę można śledzić na fanpagu Poriomaniacy w Ameryce Południowej.

9-miesięczna Oliwka, jak dotąd nie poznałam młodszego pielgrzyma

A z rzeczy jeszcze bardziej dziwnych, nowych i nieznanych, to jeszcze we Włoszech nawiązałam kontakt z Felipe z Chile. Poprzez Tindera. Tak, wiem, no cóż – byłam czasem trochę znudzona w Toskanii. Tak więc Felipe jest 28-letnim autostopowiczem, który postanowił spędzić w Europie jakieś dwa lata, zna chyba sześć języków i w ostatnim czasie mieliśmy kilka okazji, żeby się prawie spotkać, bo był w „okolicy”, jednak za każdym razem się rozmijaliśmy. Sześć dni temu miał dosyć gadania przez messengera, dotarł akurat do Duseldorfu i odkrył, że ma stamtąd dość tani lot do Santander. Uznał więc, że leci spotkać się ze mną. Spędziliśmy więc razem te 6 dni, zaczynając od noclegu w namiocie na plaży w miasteczku obok Santander (rano odkryłam, że jesteśmy na Camino Norte, szlak biegnie przez plażę!), poprzez jego wprowadzenie się do mojego Hornillos (Inma nie widziała w tym żadnego problemu i dała nam nawet dodatkowy materac), kończąc na nagłej wyprowadzce przed chwilą. Felipe jest bardzo latynoski (choć jasnoskóry z zielonymi oczami) – jak kocha to skrajnie, a jak się wkurza, to jeszcze bardziej skrajnie. Przez jakąś błahostkę spakował się i wyszedł. Dodatkowo chce łapać stopa z Hornillos, choć jeździ tu z pięć samochodów na krzyż. Ach, no i to Hiszpania, która znana jest z tego, że wyjątkowo ciężko się tu podróżuje autostopem (pozdrawiam Zosię i Malinę, z którymi spędziłam cudowne chwile próbując dostać się stopem do Walencji, a wylądowałyśmy w miasteczku pośrodku niczego, o jakże światowej nazwie Miami Platja. Btw. Felipe też wylądował raz dokładnie tam i też nie mógł się wydostać). Idzie burza, a on ma tylko śpiwór. Jako dojrzalszy człowiek z naszej dwójki, proponowałam mu podwózkę do Burgos albo i dalej, ale gdzieżby tam, przemówić do Latynosa najwidoczniej się nie da. I tak miał wyjechać jutro. Muszę przyznać, że czuję ulgę. I że to pewnie najdłuższa tinder-randka w historii tindera.

Na tej plaży spaliśmy, surferskie miasteczko Somo koło Santander. Ten człowiek tam to pielgrzym.

Zamieszkał też z nami francuski „Indianin” – David, który podróżuje sobie na piechotę chyba drugi rok, teraz znalazł się na Camino. Nie do końca wiem, co tu robi – czasem naprawia ścianę w albergue, częściej pali i je, czasem też gra na gitarze. Wiem, że jest wszędzie – jak jestem w albergue to jest tam, jak w domu, to też, wychodzę do ogrodu, a on tam siedzi. Ktoś wczoraj powiedział, że David wygląda jak francuska wersja Patricka Swayze.

David w koreańskiej restauracji naszych sąsiadów