Tak, tak, trzy dni chodzenia i koniec!

Dziś, po wyłonieniu się z porannej mgły tak gęstej, że miałam mokre włosy (tak, jestem ciągle w Hiszpanii), minęłam znak 100 km do Santiago i w tej chwili zostało mi tylko około 88. Jest dziwnie, nie do końca jeszcze czuję, że to koniec i wciąż staram się nie zwichnąć kostki.Spotkałam dziś dwie grupy Polaków, obie 4 osobowe i w obu średnia wieku to jakieś 60, a religijność +140. W jednej grupie nawet „ksiądz zabronił pić na pielgrzymce”. Większość osób, które tu spotkałam, nie robi Camino z powodów religijnych. Wyjątkiem są Polacy, jak jakiegoś spotykam, to już po samej twarzy widać, że wierzący…

A poza tym to się zaludniło. Wiele osób dołącza na Camino tylko na ostatnie 100km, bo tylko tyle wystarczy do otrzymania tzw. Composteli, dokumentu do nie mam pojęcia czego. Jest wersja dla wierzących i na szczęście dla niewierzących również.

Planujemy już te ostatnie trzy dni. W Santiago akurat wypadnie hiszpańskie święto narodowe, więc fiesta wszędzie. Elisa zaprosiła mnie na pierwszą noc do pokoju w hotelu, który wykupiła jej mama, z okazji przejścia tylu kilometrów. Będą ręczniki, suszarka i prywatna łazienka! A w tej chwili jeszcze śpię w albergue, gdzie w jednym pokoju jest ze 40 osób, połączone łóżka piętrowe, dzięki czemu mam jakby podwójne łóżko z na oko 70-latkiem, chrapiącym. Tuż obok śpi Katalończyk, o którym słyszeli chyba wszyscy na Camino. Słynie on ze swego donośnego chrapania, a Constantin kiedyś chciał go przez to zabić. Noc zapowiada się wybornie.