Jak dziecko przechodzi z edukacji systemowej do szkoły demokratycznej, gdzie nie ma lekcji, dzwonków, siedzenia w ławkach, a zajęcia może sobie wybierać, to często nie robi nic – nie chodzi na zajęcia, nie rozwija się. Pozornie. W rzeczywistości napawa się wolnością. To tak zwany detoks. Obstawiam, że mamy w tej chwili to samo.

Przyjeżdżając planowałyśmy czego to nie będziemy robić, ileż to aktywności. Dzisiejszy dzień wygląda tak, że leżałam już w słońcu na plecach, na boku i na brzuchu, popijając wino, wodę i znowu wino. I nie muszę niemal nic robić, ta świadomość jest wspaniała.

Choć trochę muszę, ale nie ma tu jakiejś ciężkiej pracy. Grazia i Antonio prowadzą bed & breakfast, zaledwie z dwoma pokojami dla gości. Teraz jest jeszcze przed sezonem, więc jesteśmy tylko w piątkę. Grazia uczy angielskiego, choć nie mówi perfekcyjnie, ale nie mamy problemów komunikacyjnych. Antonio się stara, ale niestety często odpowiada na moje pytania czym innym niż to, o co pytałam. Był też z nami Nico – przyjaciel naszych gospodarzy, artysta, który po angielsku mówi tylko odrobinę, ale za to wspaniale słucha się jego ekspresyjnego włoskiego, a na końcu każdej długiej wypowiedzi mówi „do you understand? no”. W ogóle włoski jest niesamowity, jak ich słucham to mam wrażenie, że wszyscy do siebie śpiewają, w dodatku w tym samym czasie, nie czekając aż ktoś inny skończy.

Poza ludźmi są tu też trzy psy: szalony i nadaktywny Max (od Maximus), który bardzo pragnie stać się włoskim kochankiem mojej Fiesty, i dwie niemal identyczne siostry – Bocca i Orsa. Do tego klacz Sheena i dwa osły – Menta, która jest w ciąży i lada dzień ma rodzić i Agostin, jej syn. Są też koty, trudno mi zliczyć ile, chyba ze cztery i do tego jeszcze parę kotów odwiedzających.

Mieszkamy w wielkiej części domu z oddzielnym wejściem – z antresolą, własną łazienką i aneksem kuchennym, na szczęście zamykanym za przesuwnymi drzwiami. Mój pies ma bulimię, potrafi dostać się do lodówki, zamrażarki, szafek i zjeść wszystko włącznie z cukrem, stąd moja ulga, że kuchnię da się zabezpieczyć. Planuję kiedyś zostawić Fiestę z kamerką i nagrać jak otwiera lodówkę – ludzie mają za to miliony wyświetleń na youtubie, więc liczę na chwałę i pieniądze na nowe jedzenie, by mogła ponawiać swoje wyczyny, a ja też czasem jeść. Ale wracając do domu. Jest też wspólna kuchnia i jadalnia z której również korzystamy, a na piętrze część mieszkalna naszych gospodarzy (sypialnia i łazienka). No i z drugiej strony domu dwa pokoje dla gości. Wszystko w tradycyjnym włoskim stylu, połączenie kamiennych ścian i drewnianych elementów. Wokół domu jest duży ogród, psy i koń z osłami mają swoje wybiegi. I od dwóch dni do mieszkańców należą też dwie rodziny pszczół. Antonio i Grazia chodzą na kurs dla pszczelarzy, co jest dla mnie strasznie orientalne, ale i fajne.

Prace, jakie do tej pory wykonywałyśmy, są takie wokoło domowe – sadzimy i podlewamy kwiaty, rozwieszamy i prasujemy pranie, grabiłyśmy trawę (i to do tej pory było najcięższe fizycznie ze względu na ilość tej trawy), załadowywałam i rozładowywałam samochód z kawałków drewna, karmimy zwierzaki, czasem wyprowadzamy psy na spacer, częściej tylko na ich wybieg. Codziennie też gotujemy, czego nie jestem największą fanką, ale jest tutaj Bimby, czyli włoski odpowiednik naszego Termomixa. Wow. Planujemy mu zrobić ołtarzyk, bardzo przyjemny wynalazek. Będziemy ogarniać pokoje dla gości i planujemy też trochę ogarnąć dom, bo trzeba przyznać, że Grazia nie należy do najbardziej pedantycznych gospodyń. Cudowne jest to, że się z tym nie kryje, mówi wprost, że jest leniwa, ale za to zna kilka sztuczek, żeby ułatwić sobie życie, np. mniej prasować. Co im nie ugotujemy, to się strasznie zachwycają i dziękują nam za każdą wykonaną pracę. Jakby rozdzielić pracę na równy czas, to może by jej wyszło jakieś dwie godziny dziennie… Jedyny minus jest taki, że nie pracujemy dwie godziny i koniec, ale pracujemy trochę, potem nie robimy nic, potem znowu pracujemy, więc ciężko zacząć cokolwiek innego.

Miałyśmy wolny piątek, więc wykorzystałyśmy go na wyjazd do Portofino i Genui. Portofino małe i malownicze, a Genua duża i z urokliwymi, wąskimi uliczkami gdzieniegdzie, ale z głośnym, trąbiącym ruchem drogowym, milionem skuterów wciskających się wszędzie i samochodów jeżdżących bez używania kierunkowskazów. Tak, byłyśmy samochodem. Sama nie wiem co było dla mnie gorsze – jazda w mieście, w którym przepisy drogowe są zastąpione prawem dżungli rozumianym tylko przez mieszkańców, czy jazda nadmorską drogą, krętą i wąską z mnóstwem górek na których gasł mi samochód, bo się stresowałam. A za mną inne samochody, ale tę sytuację już znamy ze Słowenii. Jako kierowca bardzo się rozwijam, choć okupione jest to tym, że pewnie za miesiąc zobaczę u siebie siwe włosy (choć mój fryzjer z Powiśla mówił, że już je mam, ale nie chcę mu wierzyć).

A dziś jest pierwszy dzień kiedy zostałyśmy zupełnie same, bo Grazia i Antonio wyjechali na wakacje do SPA, zostawiając nam z całkowitym zaufaniem wszystko. Mają wrócić za pięć dni. Powiedzieli o tym planie już pierwszego dnia, kiedy jeszcze kompletnie nas nie znali. Nie mogę się nadziwić jak bardzo można ufać obcym ludziom. Zażartowali tylko, że mamy się za bardzo nie upijać wódką (więc pijemy wino) i pamiętać o karmieniu zwierząt i podlewaniu kwiatów. Zostawili nam pieniądze na ewentualne wydatki i niezbędne numery telefonów, zwłaszcza do weterynarza. Jestem przekonana, że w tym czasie przydarzy nam się poród Menty, choć oni podchodzą do tego z całkowitym luzem.

Przed wyjazdem Grazia opowiedziała dziewczynom co możemy zrobić przez te kilka dni, a Antonio zabrał mnie do najbliższego miasteczka, Fivizzano (8 km od nas), żeby pokazać mi strategiczne miejsca typu apteka i sklepy. Zanim tam dojechaliśmy z naszej wioski, musieliśmy pokonać parędziesiąt zakrętów, a za jednym z nich ukazał się mężczyzna na rowerze. Antonio mu pomachał i powiedział mi, że to ich hydraulik. Kojarzycie reklamę polskiego hydraulika? No właśnie. To był jego włoski odpowiednik. Jeszcze długo nie mogłam wyjść z trybu slow motion. Nadal liczę na to, że siądzie jakaś rura. A samo Fivizzano jest również przeurocze, maleńkie kolorowe uliczki z niespieszącymi się nigdzie ludźmi. Poznałam 82-letniego Włocha, od którego Antonio kupuje siano, zaczęłam powoli coś rozumieć z ich rozmowy po włosku. Weszliśmy też do apteki, w której stoją duże słoje z różnymi składnikami, co wygląda jak z XVIII wieku (choć z drugiej strony jest część współczesna). Magia.

Czuję, że odpoczywam, moim jedynym problemem jest katar, który na szczęście się już kończy i to, że Fiesta ucieka co jakiś czas i tarza się w końskiej kupie, przez co dziewczyny mówią na nią „Fiesta the horse”. Maxowi, jej włoskiemu amantowi, to nie przeszkadza.